Za darmo, czyli za darmo

Z tej okazji podniosły się głosy krytyczne, słusznie wskazujące, że za darmo nie zawsze oznacza za darmo, a czasem może być wręcz za drogo. Generalnie zgadzam się z nimi, ale myślę, że uogólnienie "za darmo to drogo" nie jest prawdziwe.

Z tej okazji podniosły się głosy krytyczne, słusznie wskazujące, że za darmo nie zawsze oznacza za darmo, a czasem może być wręcz za drogo. Generalnie zgadzam się z nimi, ale myślę, że uogólnienie "za darmo to drogo" nie jest prawdziwe.

Wyobraźmy sobie hipotetycznego obywatela Iksińskiego. Potrzebuje on komputera w zasadzie do trzech rzeczy. Pierwsza to Internet, czyli przeglądanie stron WWW, korespondencja elektroniczna, przeglądanie USENET-u i, dość rzadko, praca zdalna (telnet). Druga to teksty - czytanie, pisanie, redagowanie. Trzecia, sporadyczna potrzeba, to tworzenie małych programików narzędziowych.

Do tych rzeczy znakomicie służy komputer marki składak z systemem operacyjnym Linux i narzędziami pakietu GNU. Dzięki zastosowaniu darmowych programów, Iksiński oszczędza pieniądze na systemie operacyjnym, edytorze tekstu i środowisku programistycznym. Mógłby, oczywiście, komercyjne programy ukraść, ale wtedy miałby paskudną świadomość, że okrada kolegów po fachu, czyli po trochu siebie. Woli więc mniej przyjazny interfejs użytkownika, ale za to spokojny sen.

Iksiński nie przejmuje się, że dla jego środowiska pracy nie ma szkoleń, wsparcia i dokumentacji drukowanej. Jak potrzebuje coś zrobić, to poczyta tzw. man pages, FAQ, HOWTO itp., ostatecznie zapyta w Internecie. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby w ten sposób nie poradził sobie z problemem. Tymczasem w pracy, gdzie Iksiński ma drogie systemy komercyjne, przy byle awarii trzeba ściągać certyfikowanego specjalistę, po sto "zielonych" za godzinę.

Ale naprawdę wielkie oszczędności Iksiński robi dopiero na sprzęcie. Z powodu zastosowania mało wymagającego systemu operacyjnego od trzech lat nie uaktualnia "flaków" swojego komputera. Z przyzwyczajenia prenumeruje tzw. prasę komputerową, która coraz bardziej przypomina mu prasę sportową, bo porównuje, ile kolejny zawodnik... to jest procesor (pamięć, dysk, karta graficzna, sieciowa itd. - niepotrzebne skreślić) "wyciąga" na swoistym torze przeszkód zorganizowanym w laboratorium redakcji. Iksiński czyta te porównania bez emocji, tak mniej więcej jak czyta się wyniki meczów krykieta w turnieju o Puchar Króla Wysp Babungu. Czasem tylko zaduma się nad zastanawiającą korelacją miejsca danego produktu w rankingu z powierzchnią reklamową wykupioną przez jego producenta w ostatnich kilku numerach testującego czasopisma.

Ku radości Iksińskiej, jej mąż nie wydaje więc pieniędzy z domowego budżetu na "niezbędnie potrzebne" napęd DVD, stację dysków ZIP ani na kartę graficzną z potrójnym dopalaczem. Nie musi też obnosić się, jak sąsiad z parteru, z notebookiem mocarnym jak Andrzej Gołota, a cienkim jak omlet.

Ktoś powie, że Iksiński nie istnieje. Tymczasem po prostu opisałem swoje środowisko pracy. Większość moich koleżanek i kolegów - informatyków postępuje tak samo. Zdaję sobie sprawę, że by być oszczędni jak informatycy trzeba się nauczyć trochę więcej niż tylko przesuwania myszki po podkładce. No i dobrze, bo mądrym wiatr wieje w żagle, a głupim w oczy.

Podobnie jak Piotr Kowalski (Koszty darmowego, CW 18/99), nie wierzę, żeby ta czy inna instytucja rządowa mogła zrobić coś sensownego z darowanym systemem informatycznym. Ale nie dlatego że system jest darmowy, lecz dlatego że tak samo nic sensownego nie potrafiłyby one zrobić z kosztownym systemem komercyjnym. A przyczyną nie jest cena produktu, a niedowład kompetencyjny i organizacyjny tych instytucji.