Wystarczy nie przeszkadzać

W książce Przygody Tewje Mleczarza, lepiej znanej z filmowej adaptacji pt. Skrzypek na dachu, Żydzi pytają rabina, czy jest specjalne błogosławieństwo dla cara. "Boże błogosław cara" - mówi rabin - "i trzymaj go z dala od nas".

W książce Przygody Tewje Mleczarza, lepiej znanej z filmowej adaptacji pt. Skrzypek na dachu, Żydzi pytają rabina, czy jest specjalne błogosławieństwo dla cara. "Boże błogosław cara" - mówi rabin - "i trzymaj go z dala od nas".

Mądry rabbi rozumiał, że w normalnym, codziennym życiu ukraińskiej wsi Anatewka nie ma potrzeby na interwencje miłościwie panującego. Coś jednak zmieniło się od tego czasu, bo przeświadczenia tego nie podzielają ludzie i przedsiębiorstwa w Polsce. Zewsząd słyszę, że dla rozwoju e-gospodarki w Polsce potrzeba tego albo tamtego ze strony rządzących. Aktualnie obowiązujące przekonanie każe sądzić, że podstawową barierą jest brak ustawy o podpisie elektronicznym. Dyskusje toczą się tylko wokół tematu: Czy lepszy jest projekt rządowy czy poselski?

Nie chciałbym negować wagi dobrego prawa dla rozwoju tej czy innej dziedziny życia i gospodarki, ale myślę, że prawdziwych barier trzeba szukać gdzie indziej. Przygotowuję się właśnie do krótkiej wizyty w Stanach Zjednoczonych. Czytam w związku z tym... nie, nie przewodniki turystyczne, ale klasyczną książkę dziewiętnastowiecznego myśliciela Alexisa de Tocqueville O demokracji w Ameryce. Jej autor - bystry obserwator i doskonały analityk - przyczyn sukcesu Ameryki upatruje nie tylko w dobrym prawie (choć jak dobre jest ono, niech świadczy fakt, iż amerykańska konstytucja przetrwała w niewiele zmienionej postaci już ponad dwieście lat). Przede wszystkim powody zamożności USA de Tocqueville widzi w ludziach - ich inicjatywie, pracowitości, wyobraźni i skłonności do podejmowania wyzwań.

Wracając do kwestii podpisu elektronicznego, pozwolę sobie przypomnieć, że Stany Zjednoczone do niedawna nie miały stosownej ustawy, a mimo to w e-gospodarce wyprzedziły resztę świata o dwie długości. Zawdzięczają to właśnie tym cechom, o których ponad sto lat temu pisał de Tocqueville, a nie jakimś specjalnym ustawom.

Tak się składa, że od pewnego czasu z bliska śledzę rozwój pewnego small-e-businessu. Grupa ludzi, nie oglądając się na ustawy i venture capitals, postanowiła zrobić coś dobrego w Internecie, a przy okazji zarobić parę groszy. Bariery, które napotkali, wcale nie różnią się od tych, które napotkałaby firma gospodarki jak najbardziej tradycyjnej: mętne przepisy, wysokie podatki i opłaty związane z prowadzeniem działalności (np. obsługa notarialna czy ZUS), rozdęta, niekompetentna i samowładna biurokracja oraz słaby stan infrastruktury telekomunikacyjnej. Słowem, proza zwykłego życia, żadne tam cyberpodpisy, e-pieniądze czy standardy wymiany danych.

Wiem, że teza ta może zabrzmieć kontrowersyjne, ale wydaje mi się, że w Polsce warunki do rozwoju e-gospodarki nie są złe. Jeżeli nie są dobre, to tylko dlatego że w ogóle w Polsce coraz trudniej robić interesy - technologią nowoczesną czy całkiem starą. Podejrzewam, że także firmom internetowym bardziej doskwiera brak autostrad asfaltowych niż światłowodowych. Gdy słyszę, że władze chcą jakąś ustawą pobudzać e-przedsiębiorczość to przypomina mi się mądry rabin, który od cara chciał tylko tego, żeby ten trzymał się z dala od jego wsi.

Czytając cykl Start w Internecie zamieszczany przez Computerworld, widzę ogromne pokłady ludzkiej inicjatywy i pracowitości. Wystarczy wyjechać kawałek za naszą granicę, żeby przekonać się, że ludzie w Polsce są bardziej przedsiębiorczy niż ich sąsiedzi i, wbrew pozorom, dość skłonni do podejmowania ryzyka w biznesie. Jestem więc optymistą - e-gospodarka w Polsce rozwinie się, jeżeli tylko da się szansę gospodarce jako takiej.


TOP 200