Wszystkiemu i tak winna informatyka...

Każda dziedzina aktywności ludzkiej ma swych ortodoksów, którzy z przesadną - na ogół - gorliwością i ścisłością starają się realizować zapisane w katechizmach takiej dziedziny zasady. Ich działalność przynosi najczęściej więcej szkody niż pożytku. Pół biedy, gdy jest ich niewielu i pełnią rolę pewnego rodzaju strażników zasad. Gdy jednak mają przewagę (moralną lub liczebną), nazbyt wiele energii, która ma służyć załatwianiu spraw, kieruje się na dbałość o zgodność z dogmatami.

Każda dziedzina aktywności ludzkiej ma swych ortodoksów, którzy z przesadną - na ogół - gorliwością i ścisłością starają się realizować zapisane w katechizmach takiej dziedziny zasady. Ich działalność przynosi najczęściej więcej szkody niż pożytku. Pół biedy, gdy jest ich niewielu i pełnią rolę pewnego rodzaju strażników zasad. Gdy jednak mają przewagę (moralną lub liczebną), nazbyt wiele energii, która ma służyć załatwianiu spraw, kieruje się na dbałość o zgodność z dogmatami.

Ortodoksja występuje w dziedzinie religii, moralności, sztuki, architektury i różnych nauk, czyli niemal wszędzie. Nie omija ona również naszej ulubionej informatyki.

Historycznie rzecz biorąc, kiedyś był to przedmiot sporów o to, którego producenta komputer jest lepszy (w sensie oferowanych możliwości, nie jakości), lub o to, czy programy komputerowe pisać w takim, czy innym języku, a w samym programowaniu sięgać po ten, czy inny jego styl.

Miały swych zagorzałych zwolenników metody strukturalne i obiektowe, miały także hierarchiczne i relacyjne bazy danych i ma Internet.

Teraz jednak do tego, w miarę stabilnego układu sił, włączają się także strony do informatyki nie należące, chociaż jej dokonaniami jak najbardziej zainteresowane. Mam tu na myśli tych, którzy decydują o finansowaniu przedsięwzięć informatycznych i którzy - chociaż nie są z informatyką bezpośrednio związani - chcą wywierać piętno na jej rozwoju i stosowaniu, postrzegając ją tylko poprzez pryzmat własnych potrzeb i interesów.

Ten rodzaj bardzo specyficznej ortodoksji wywodzi się z wyznawania zasady "ja płacę, ja wymagam i ja decyduję!", co obejmuje na ogół wybór konkretnego rozwiązania, kierując się li tylko własną wyobraźnią i postrzeganymi powierzchownie właściwościami użytkowymi, pozostawiając służbom informatycznym wpisanie go w już istniejącą infrastrukturę. I tu zaczyna się zabawa, bo jednemu marzy się wielopiętrowy wieżowiec ze szczytem w chmurach, a drugi wolałby położyć go na boku i proponuje - co prawda ledwo parterowy - ale za to długi barak.

Wynik jest taki, jaki widać w samym sercu stolicy pewnego kraju pretendującego do członkostwa w Unii Europejskiej, gdzie urocze budynki z leżących połówek betonowo-plastikowej rury gustownie zdobią stojący tuż obok pałac.

Informatyka jednak nie tylko z takimi sprawami umie sobie poradzić i przeważnie znajduje jakiś sposób na połączenie nowego z już istniejącym, ale odbywa się to przy wyższych kosztach i wprowadza dodatkowy zakres podwyższonego jeszcze ryzyka. Podwyższonego, tylko dlatego że dokonując takiego połączenia trzeba sięgać po różnego rodzaju transformatory, łączniki i protezy. Każda z nich kosztuje i każda jest potencjalnym źródłem zakłóceń w działaniu i innych kłopotów. Na tym jednak nie koniec, gdyż wkrótce okazuje się, że konieczne są działania na wypadek awarii czy katastrofy, a wówczas nie widać innej możliwości, jak powielenie dopiero co powstałych struktur, i tak też się dzieje.

W ten sposób, jedna obok drugiej, ale pod wspólnym dachem informatyki, pojawiają się kolejne przybudówki, szopy i blaszaki, a całość szybko zaczyna przypominać podwórko przedwojennej kamienicy, gdzie między trzepak a śmietnik udało się później wcisnąć garaż i namiastkę piaskownicy.

O zwarciu szyków i zrzutce na solidniejszą budowlę nikt z nowego rodzaju ortodoksów nie chce słyszeć, bo każdy przecież nade wszystko hołubi swoje. Nic się nie zmienia nawet wtedy, gdy pojawia się trawiący wszystko bez różnicy ogień. No bo czyj był dach, po którym przenosił się żywioł?