Wspólnota czasu i miejsca

Wprawdzie wspólnych żon w komunizmie nigdy nie wprowadzono (właściwie, nie wiadomo dlaczego, skoro hippisom się to udawało), ale wiele innych dóbr ograniczonych jak najbardziej.

Zresztą, pomysł jest prawie taki stary jak świat: u nas na Podhalu realizowany był przez wspólne łąki, na których wypasano w lecie uwspólniony kierdel, czyli prywatne owieczki zagonione razem do kupy. Kiedyś komputery były drogie i było ich mało. Jak przewidywał szef IBM, już pięć miało wystarczyć dla całego świata. Wydaje się, więc, nieco dziwne, że na pomysł dzielenia zasobów komputerów ludzie wpadli dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Może dlatego, że był to okres świetności komunizmu?

W każdym razie, pomysł rozpowszechnił się szybko, nawet szybciej niż idee Marksa oraz Engelsa. Przetrwał także osobiste pecety, które bardzo prędko musiały zacząć dzielić czas procesora pomiędzy wiele programów. Miejsce na dysku od początku było wspólnotą, choć nieco rozparcelowaną. Na partycje. Podobnie jak i pamięć, której kawałki zabezpieczano dla wyłącznego użytku. Klasycy równości społecznej zapewne przewracali się w grobie, bo cóż to za wspólnota, w której każdy sobie gdzieś na boku rzepkę skrobie. Nic jednak dziwnego, że i w dziedzinach usług pomysł dzielenia zasobów zyskał uznanie. W okresie Święta Dziękczynienia (to taki dziwoląg amerykański, gdy zjada się faszerowanego indyka, aby w ten przyjemny sposób podziękować za pomoc kiedyś otrzymaną od Indian, których potem wymordowano), spędziłem kilka dni w luksusowym hotelu w Las Vegas, który oferuje zakupy apartamentów na własność. Tyle tylko, że apartament dzieli się z innymi jako "time share". Ponoć ludzie chętnie odwiedzają miasto, które nigdy nie śpi, więc posiadaną cząstkę nieruchomości można zamienić na tygodnie w innych, równie atrakcyjnych miejscach na świecie. Aby mnie przekonać do szybkiego inwestowania, firma zaoferowała darmowy pobyt, który dzieliliśmy z przyjaciółmi. Jak przy każdej "darmowej" ofercie, był oczywiście haczyk: musieliśmy wysłuchać długiej prezentacji. Na szczęście przedstawiciele handlowi szybko zorientowali się, że nie zostaniemy klientami. A wszystko dlatego, że w hotelu nie potrafiono uwspólnić internetu.

W dzisiejszych czasach jako pewnik przyjmujemy, że jeśli ktoś oferuje dostęp do internetu, to jest on w miarę szybki. Nikt już nie zamierza cierpieć tak jak w czasach modemów 56k. Gdy po rozpakowaniu ubrań, wyjęliśmy ze znajomą i synem trzy laptopy, to szybko okazało się, że WiFi, dostępne za pomocą hasła, jest potwornie wolne. Było późne popołudnie, więc udaliśmy się do kasyna, aby przegrać nieco wolnej gotówki, wspomagając w ten sposób gospodarkę. Gdy wstałem rano, internet działał jak powinien, ale tylko do godziny mniej więcej ósmej rano. Widać inni klienci też już doszli do siebie i zaczęli szukać za pomocą Google, co by tu można jeszcze obejrzeć w okolicy. Gdy udaliśmy się na prezentację, to linia obrony została ustalona: apartament podobał się nam, widok z okna jest wspaniały, kasyno blisko, ale bez internetu wytrzymać nie możemy. Skoro ma być to Grand Vacations Club, no to wszystko musi być wielkie, także dostęp do internetu. Pozwoliłem sobie na dowcip słowny, że to nie Grand, tylko granda, ale chyba nie został on zrozumiany.

Nawet najlepszy marketing nie pomoże, gdy chce się sprzedać rozwiązania sprzed lat. Dziś od wspólnoty miejsca i czasu na rozrywki ważniejsze jest bycie podłączonym. Zawsze i wszędzie. Taki komunizm, tylko na odwyrtkę.


TOP 200