Wściekły i (po) wolni, czyli stosunek towarzyski

Obiecałem dyskutantom po ostatnim felietonie nt. prawa autorskiego1 odpowiedź. Zanim to zrobię, muszę przyznać się do napadu wściekłości. Wiem, autor nie powinien okazywać emocji. Ale naprawdę trudno jest dyskutować z zastępem anonimów, którzy lepiej wiedzą, kto i za co mi płaci oraz co w życiu przeczytałem. Jeśli już muszą pisać tak osobiście, to niech raczej piszą o swoich osiągnięciach.

Obiecałem dyskutantom po ostatnim felietonie nt. prawa autorskiego<sup>1</sup> odpowiedź. Zanim to zrobię, muszę przyznać się do napadu wściekłości. Wiem, autor nie powinien okazywać emocji. Ale naprawdę trudno jest dyskutować z zastępem anonimów, którzy lepiej wiedzą, kto i za co mi płaci oraz co w życiu przeczytałem. Jeśli już muszą pisać tak osobiście, to niech raczej piszą o swoich osiągnięciach.

O co właściwie chodzi w sporze o prawo autorskie, piractwo i tzw. wolną kulturę? Istotą prawa jest kodyfikacja (pro) społecznego zachowania się. Państwo wzięło na siebie konstytucyjny obowiązek stanowienia i wymuszania prawa. Ale to my mamy decydować, co jest dla nas dobre. Załóżmy optymistycznie, że jedna trzecia ludzi to twórcy. Jest oczywiste, że pozostali konsumenci zawsze będą mieli rację, bo mają przewagę liczebną. Mądre narody cenią wartości intelektualne, bo to one posuwają cywilizację do przodu. Głupie społeczeństwa pasożytują na cudzych osiągnięciach, bo tak jest taniej i łatwiej. W Polsce od 20 lat trwa psucie wymiaru sprawiedliwości. Wybrani przez naród przedstawiciele modyfikują prawo, aby broń Boże państwo nie miało kłopotu z jego egzekwowaniem. Najpierw była abolicja wobec kradzionych programów. Jej efekt to szybki zanik polskich firm oprogramowania użytkowego. Potem wzięto się za innych autorów. Zamiast dostrzec, do czego prowadzi cyfrowa rewolucja, dano prawu autorskiemu łatkę w postaci opłat za nośniki cyfrowe. A potem wielokrotnie te prawo modyfikowano, szczególnie definicję użytku własnego.

W anglosaskiej kulturze prawnej istotne są przypadki już rozsądzone. Powoduje to, że strony sporu prawnego oraz sądy, zastanawiając się nad istotą konfliktu, szukają precedensu. W polskim prawie cały ciężar decyzji spoczywa na barkach prawodawcy, który musi zdefiniować pole działania prawa. Jeśli prawodawca jest leniwy i/lub głupi, to mamy takie kwiatki jak brak definicji "stosunku towarzyskiego" w artykule 23 obecnie obowiązującej ustawy o prawie autorskim<sup>2</sup>. Pewnie więc mogę robić kopie filmów dla znajomej dziwki, o ile oczywiście zadaje się ona ze mną towarzysko, a nie za pieniądze... bo wtedy mamy stosunek gospodarczy. Takich kwiatków jest więcej. Nic dziwnego, że Sąd Najwyższy, a nawet Trybunał Konstytucyjny<sup>3</sup>, mają z nim sporo roboty. Za to społeczeństwo korzysta z (po) wolności prawnej, kradnąc co się da.

Niedawno media podały, że Ministerstwo Kultury przygotowuje zasadniczą modyfikację prawa autorskiego. Jestem ciekaw, kto będzie pisał nowy projekt ustawy i w jaki sposób zapewni przestrzeganie prawa? Z doświadczeń 25 lat wyciągam smutny wniosek, że państwo nie daje sobie rady z ochroną praw autorów. Zdecydowana większość, która konsumuje utwory, wymusi dalsze ustępstwa. Przy okazji wolni autorzy upieką swoją pieczeń, to znaczy spowodują rozszerzenie dozwolonego zakresu cytowania. Mniejszość autorska znowu zostanie pokrzywdzona. Efektem będzie jeszcze gorsza jakość rodzimej twórczości. Już dziś nie da się oglądać polskich filmów i słuchać polskiej muzyki. Technologia skanowania i sieci P2P spowodują, że i dobrych książek nie będzie opłacało się pisać. Tylko malarze oraz rzeźbiarze na razie mogą spać spokojnie, bo ich dzieł ciągle nie można ukraść przez internet. Zamiast wyroczni prawa będziemy mieli stosunki towarzyskie.

<sup>1</sup>http://www.computerworld.pl/artykuly/58589/Odbieranie.przez.ponczoszke..czyli..po..wolne.psucie.prawa.html

<sup>2</sup>http://isip.sejm.gov.pl/servlet/Search?todo=file&id=WDU20060900631&type=3&name=D20060631Lj.pdf

<sup>3</sup> http://isip.sejm.gov.pl/servlet/Search?todo=open&id=WDU20060940658