Wolnoamerykanka

Mało kto mógł się spodziewać, że "skandal podsłuchowy", wywołany ujawnieniem przez Edwarda Snowdena informacji o systemie PRISM i metodach działania amerykańskiej National Security Agency, urośnie do rangi międzynarodowej afery. Nie mamy już bowiem do czynienia wyłącznie z gromadzeniem i przetwarzaniem ogromnych ilości danych dotyczących obywateli Stanów Zjednoczonych. W grę wchodzi monitorowanie przez amerykańskie służby bliskich sojuszników z Unii Europejskiej i NATO, na co szczególnie ostro zareagowali Niemcy i Francuzi.

Naiwnie byłoby sądzić, że największe mocarstwo gospodarczo-militarne będzie kierować swoje działania wywiadowcze wyłącznie wobec krajów o przeciwstawnych lub nie do końca zbieżnych interesach (Chiny, Rosja, Iran, Korea Płn., Wenezuela itp.). Zdobyte w tajny sposób informacje od zawsze pomagały we wszelkiego typu negocjacjach czy podejmowaniu wielu kluczowych decyzji. Operacje szpiegowskie są prowadzone na różnych frontach, z dala od szczytów władzy, gdzie politycy poklepują się po plecach i są wobec siebie pełni kurtuazji oraz uprzejmości. Europejczycy mają jednak swojemu zaoceanicznemu partnerowi za złe skalę inwigilacji - podsłuchiwano nawet unijnych oficjeli i dyplomatów, a instytucje UE określano mianem "celów". Tak ewidentny podział na lepszych (m.in. Wielka Brytania i Kanada) i gorszych sojuszników Ameryki to dla niektórych już za wiele. Pojawiły się nawet głosy, by do czasu pełnego wyjaśnienia sprawy podsłuchów wstrzymać negocjacje nad porozumieniem "Transatlantic Trade and Investment Partnership", które stworzyłoby między Unią i Stanami strefę wolnego handlu.

Sam PRISM nie wziął się znikąd. Nazwa tajnego projektu NSA pochodzi od nazwy aplikacji do analizy dużych ilości danych, opracowanej przez izraelską spółkę SiSense (niedawno ukazała się już 10. wersja narzędzia). Dane do badania płyną do Ameryki otwartym strumieniem z całego świata, ponieważ czołowi dostawcy usług internetowych to wielkie amerykańskie koncerny: Microsoft, Yahoo, Google (i YouTube), Facebook, AOL czy Skype. Śledczych podobno nie interesuje sama treść połączeń, wiadomości SMS czy e-mali, ale informacje dodatkowe (metadane), mogące świadczyć o istnieniu określonych schematów i wzorów - np. w zachowaniu osób planujących zamach terrorystyczny. Póki co nie otrzymaliśmy jednak jednoznacznych dowodów przydatności tego złożonego i zapewne wysoce kosztownego systemu. Amerykanie nabrali wody w usta i zasłaniają się frazesami, że śledzenie i podsłuchy nikogo nie powinny dziwić, bo działalność wywiadowcza to normalny sposób zabezpieczania przez państwo swoich interesów.

"Człowiek, który oddaje wolność w zamian za bezpieczeństwo, nie zasługuje na żadne z powyższych" - miał powiedzieć Benjamin Franklin, jeden z ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych. Amerykańskie społeczeństwo wydaje się jednak bardzo skore do ustępstw w zakresie ograniczania swobód obywatelskich, godząc się na to za cenę bezpieczeństwa - jak lubi to opisywać administracja USA. W tamtejszej telewizji emitowane są "ogłoszenia społeczne", w których wspomniana NSA apeluje do widzów, by zwracali baczną uwagę na nietypowe zachowania innych osób w miejscach publicznych. Pojawiają się również reklamy mobilnego oprogramowania śledzącego, które można zainstalować w smartfonie, a przez to zbierać informacje o aktywności dziecka, o której ono samo z własnej woli nie mówi. Po co komu PRISM, jeśli tak zachowują się rodzice?


TOP 200