Wolna Europa

Do Wielkiego Kanionu Kolorado można dotrzeć tak: rannym samolotem do Nowego Jorku albo Chicago, tam przesiadka do Phoenix, stolicy stanu Arizona, a potem samochodem albo autobusem do samego Kanionu. Ta sama podróż, tylko w wymiarze wirtualnym, wygląda podobnie. Prześledzenie ścieżki internetowej do serwera www.thecanyon.com daje następujące rezultaty: Warszawa, Nowy Jork, Phoenix i wreszcie okolice Kanionu. Łatwo to sprawdzić narzędziem traceroute (tracert w Windows).

Do Wielkiego Kanionu Kolorado można dotrzeć tak: rannym samolotem do Nowego Jorku albo Chicago, tam przesiadka do Phoenix, stolicy stanu Arizona, a potem samochodem albo autobusem do samego Kanionu. Ta sama podróż, tylko w wymiarze wirtualnym, wygląda podobnie. Prześledzenie ścieżki internetowej do serwera www.thecanyon.com daje następujące rezultaty: Warszawa, Nowy Jork, Phoenix i wreszcie okolice Kanionu. Łatwo to sprawdzić narzędziem traceroute (tracert w Windows).

Temu, kto chciałby oglądać skalne wąwozy, a nie może sobie pozwolić na podróż do Arizony, polecam Czeski Raj. Z centralnej Polski najlepiej dotrzeć tam przez Kudowę Zdrój, a z zachodniej przez Szklarską Porębę. W okolicach miejscowości Turnov i Jicin znajdują się malownicze "skalne miasta" i choć nie są tak imponujące, jak Wielki Kanion, to jednak Czechy w porównaniu do USA mają inne zalety. Choćby cenę podróży albo to, że na hasło "piwo" podają tam orzeźwiający, złoty napój chmielowy, a nie zabarwioną na żółto wodę. Podróż wirtualna z mojego domu do Czeskiego Raju (www.ceskyraj.cz) odbywa się następująco: Warszawa, Nowy Jork, Praga, Jicin. Dość ciekawa marszruta, prawda? Na dodatek czas jednego hopa (odcinka między węzłami) zdecydowanie rośnie po naszej stronie Atlantyku.

Dość łatwo domyślić się, dlaczego tak się dzieje. Większość zagranicznych zasobów, z których korzystają polscy użytkownicy Internetu, jest zlokalizowana w USA. Dotyczy to nie tylko stron WWW, ale i zasobów plików, a także artykułów z USENET. Naturalne jest więc, że najlepsze łącza mamy do kraju, z którego zasobów najwięcej korzystamy. Można by jednak zadać pytanie, gdzie tkwi skutek, a gdzie przyczyna. Czy nie jest raczej tak, że korzystamy z zasobów amerykańskich, bo doczekanie się na cokolwiek ściąganego z Włoch, Niemiec czy Portugalii jest próbą cierpliwości, której użytkownicy nie mają zamiaru podejmować. Po prostu łącza europejskie są za wolne.

Przyczyna zapóźnienia technologicznego względem USA jest znana i szeroko komentowana. Europejski Internet jest wolny, bo nie jest wolny. Innymi słowy, niska jakość europejskich łączy jest skutkiem monopoli i quasi-monopoli telekomunikacyjnych, które duszą rynki krajów Starego Kontynentu. Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że w ostatnich latach sytuacja bardzo się poprawiła, a w takich krajach, jak Niemcy czy Wielka Brytania, konkurencja wymusiła obniżkę cen. Jeszcze nie jest tak dobrze jak w Ameryce, ale jest zdecydowanie lepiej niż w Polsce.

Piszę te słowa w kraju, gdzie rodzimy gigant telekomunikacyjny podniósł ostatnio cenę tzw. impulsu o ponad 10%. Gdy wszędzie stawki spadają, u nas rosną one powyżej inflacji. I jeszcze, zgodnie ze starą, orwellowską zasadą, podwyżkę tę nazwano obniżką! Podobno po godzinie 22.00 jest o połowę taniej, ale rzadko udaje mi się to sprawdzić. Piszę "podobno", bo o tej porze unikam dzwonienia do ludzi, a większość prób dodzwonienia się na Internet od dziesiątej wieczorem do północy dotąd spełzła na niczym. Nie sposób uzyskać połączenia, bo przez cały czas słychać sygnał zajętości. Kto wie, może to przemyślany element nowej strategii rynkowej Telekomunikacji?

Zapewne po podwyżce TP SA otrzymała taki zastrzyk gotówki, że pewnie niedługo pojawią się w telewizji kolejne reklamy, iż łączy nas coraz więcej. I może nawet w to uwierzymy? I tylko na pociechę zostanie nam fakt, że już niedługo nasz rynek telekomunikacyjny zostanie zliberalizowany, bo tak wymaga Unia Europejska. A wtedy, miejmy nadzieję...


TOP 200