Widzieć świat

Profesor mieszkał za miastem z dwóch powodów: nie lubił hałasu i cenił samotność. Najbliżsi sąsiedzi widywali go wyłącznie idącego w stronę podmiejskiej kolejki w dni powszednie i do kościoła w niedziele.

Profesor mieszkał za miastem z dwóch powodów: nie lubił hałasu i cenił samotność. Najbliżsi sąsiedzi widywali go wyłącznie idącego w stronę podmiejskiej kolejki w dni powszednie i do kościoła w niedziele.

Jedynym miejscem, z którego można było zerknąć na świat profesora, był otwór wielkości pudełka od zapałek, wycięty w górnej części metalowej furtki. Pozostała część ogrodzenia opierała się na ciemnym żywopłocie z krzaków jałowca, chroniącego ogród przed ciekawskimi spojrzeniami. Dom profesora był stary i zniszczony. Z okiennic zwisały różnokolorowe płaty farb, a dach pokryty był siwą warstwą mchu. Z okien rozciągał się widok na dachy pobliskich domów z talerzami anten. Tylko z kuchni można było dostrzec, ponad pożółkłą firanką, fabryczne kominy. Wnętrze było puste i wilgotne. Wszystkie sprzęty profesor kupował sam, z wyjątkiem tych, które zdołała uratować jego matka w czasie wojennych przeprowadzek. Jej zdjęcie wisiało w przedpokoju, zaopatrzonym w troje drzwi, nad komodą zajmującą połowę powierzchni pomieszczenia. Był tam jeszcze zamocowany na wewnętrznej stronie drzwi wejściowych wieszak: deska i pięć haczyków.

Kuchenne meble miały odcień kości słoniowej. Kredensy pozbawione były szyb w drzwiczkach, a na jednym z nich ustawiono komplet moździerzy, matowych, zarówno w dziennym, jak i sztucznym świetle. Spod stosu gazet wyłaniał się blat stołu, znaczonego liczbą spożywanych posiłków. W jego szufladzie można było znaleźć kawałki suchego chleba i główki czosnku.

W pokojach każde wolne miejsce zajmowały poustawiane w kilku rzędach na półkach, powciskane aż po sufit książki. I choć trudno w to uwierzyć, profesor bez kłopotu odnajdywał każdą z nich.

W okolicach godziny dziesiątej każdego wieczoru profesor wchodził po skrzypiących schodach na poddasze, gdzie książki poustawiane były starannie i według wielkości: od Powstania Narodu Polskiego Maurycego Mochnackiego z 1850 roku, po trzynastotomową encyklopedię. Na drewnianych ścianach wisiały dwie boczne lampy, a naprzeciwko zasłanego na biało metalowego łóżka krzyż. Stolik nocny był miejscem na karafkę z wodą i Pismo Święte. Pozostałe sprzęty - cztery obite jedwabiem krzesła, bujany fotel, owcza skóra przy łóżku, radio i dwie szafy - od lat zajmowały te same miejsca. W domu nie było obrazów, dywanów i kwiatów.

Profesor za najprostszy klucz do poznania ludzi uznawał punktualność. Jego szerokie brwi opadały, czoło marszczyło się, kiedy witał się z osobą każącą na siebie czekać. Przeciwnie oczy, głęboko osadzone, zdradzały człowieka łagodnego, o ciemnym zaroście i matowej siwiźnie włosów. Najlepiej wiedzieli o tym studenci od lat przywykli do napiętych, mocno zaciśniętych ust profesora, podkreślających komizm jego postaci. Niski, z pochyloną do przodu głową, drobnymi krokami przemierzał korytarze wydziału w staroświeckich marynarkach i w spodniach wysoko podciągniętych na szelkach.

Uchodził za człowieka wielkiej kultury. Ustępował pierwszeństwa nawet najmłodszym studentkom i nigdy z nikim nie rozmawiał na siedząco. Z każdym zdającym egzamin żegnał się uściskiem dłoni, jakby dziękując za trudy wspólnej penetracji poszczególnych działów logiki.

Logice właśnie profesor poświęcił całe swe samotne życie. Rano wyjeżdżał na uniwersytet. Prowadził wykłady w smutnych i ponurych salach. W południe szedł do restauracji na rogu Oboźnej i Krakowskiego Przedmieścia albo innej, gdzie nieodmiennie spożywał żurek z jajkiem z podwójną ilością majeranku. Czasem przesiadywał w uniwersyteckim klubie. Jednak najwięcej czasu spędzał w bibliotece - a był też częstym gościem opery i filharmonii, bo muzykę uznawał za najbardziej symboliczną i harmonijną ze sztuk - a lampkę nad bibliotecznym stołem gasił dopiero wtedy, gdy na ulicach powoli ustawał ruch.

Nie miał przyjaciół. Krewnych i znajomych odwiedzał raczej z poczucia obowiązku, niż dla zaspokojenia własnych potrzeb. Od kilku lat jego nazwisko nie pojawiało się w fachowych periodykach, dlatego więcej czasu mógł poświęcić na lekturę. Czytał książki z lat swojej młodości: Manna, Prousta, Irzykowskiego. Wieczorami przechadzał się po ogrodzie ścieżkami kluczącymi pomiędzy bujnymi krzakami dzikiej róży.

Pewnego popołudnia profesor postanowił przespacerować się po Starym Mieście. Wąskie uliczki były puste. Na Rynku grupa rzadkich o tej porze roku turystów fotografowała masywne konie, zaprzęgnięte do dorożek. Przeszedł Freta i Długą. Zabytkowe latarnie rzucały już ołowiany blask na mury kamienic. Kiedy doszedł do Miodowej, dochodziła osiemnasta. Dawniej przychodził o tej porze na nabożeństwo do kościoła Karmelitów. Szedł uważnie, na chodniku były kałuże. Gdy doszedł do przystanku autobusowego obok kościoła, nadjechał autobus. Na jego długim boku profesor przeczytał napis: www.zobaczświat..., wykonany z dużych, białych liter. Odwrócił się i ostrożnie, wyczuwał pod stopami śliską powierzchnię, wszedł po kamiennych schodach na galerię przed kościołem. W półmroku zobaczył stojącego pod drzwiami niewidomego człowieka z tekturową tabliczką na piersi. Przeczytał odręcznie napisany tekst: Idzie wiosna i ja jej nie zobaczę.

Przez całe nabożeństwo zastanawiał się nad fragmentem ostatnio przeczytanego wiesza: Że istnieje prawda obiektywna, czyli z dwóch sprzecznych twierdzeń jedno jest prawdziwe, drugie fałszywe, z wyjątkiem określonych wypadków, kiedy utrzymanie sprzeczności jest uprawnione.


TOP 200