Widzieć siebie za sto lat

Ostatnio kilku dyrektorów polskich firm informatycznych z dumą opowiadało mi, że wreszcie - wraz z innymi członkami zarządu - wypracowali dla swoich przedsiębiorstw plany strategiczne do roku 2000. Że po okresie spontanicznego rozwoju - czytaj bałaganu i działań doraźnych - nareszcie świadomie zdecydowali, dokąd zmierzają, jakie mają cele i jakimi środkami będą je realizowali.

Ostatnio kilku dyrektorów polskich firm informatycznych z dumą opowiadało mi, że wreszcie - wraz z innymi członkami zarządu - wypracowali dla swoich przedsiębiorstw plany strategiczne do roku 2000. Że po okresie spontanicznego rozwoju - czytaj bałaganu i działań doraźnych - nareszcie świadomie zdecydowali, dokąd zmierzają, jakie mają cele i jakimi środkami będą je realizowali.

Początkowo słuchałem tych opowieści z głębokim szacunkiem i wzruszeniem. Po pierwsze, dlatego że rodzime firmy software'owe są tak młode - i z wdziękiem podkreślające swoją młodość, a przez to prawo do błędów i szaleństw - że wiadomość, iż zdecydowały się świadomie i z rozsądkiem pokierować swoim losem, przypomina buńczuczną decyzję nastolatka, który nagle dorasta do decyzji oszczędzania co miesiąc 50 zł z kieszonkowego, z myślą o przyszłym mieszkaniu dla planowanej za 20 lat rodziny. Firmy software'owe stają się dorosłe, to doprawdy wzruszająca wiadomość, myślałem.

Szacunek zaś wziął się z dostrzeżenia faktu, że typowo kapitalistyczne prywatne firmy wprzęgnęły planowanie - instrument uwielbiany i eksponowany przez realny socjalizm, a więc kojarzący się jak najgorzej - do swojego funkcjonowania, nie obawiając się, że zostaną oskarżone o sprzyjanie komunistom czy postkomunistom. Gotowy byłem uznać to za przejaw odwagi cywilnej. (Nawiasem mówiąc, wiadomo że planowanie jest jednym z fundamentów kapitalizmu).

Gdy tak trwałem w zauroczeniu, nie chcący spojrzałem na kalendarz i nagle dotarło do mnie, że skoro mamy rok 1996, to do roku 2000 zostały raptem 3 lata. Więc te szumne oświadczenia o planach strategicznych nie dorastają nawet socjalistycznym pięciolatkom. Pozostają daleko w tyle za planowaniem Lasów Państwowych - minimum 100 lat - nie mówiąc już o firmach japońskich, które widzą siebie za 150 i 200 lat.

Podejrzewam, że dyrektorzy zasugerowali się tą magiczną liczbą 2000. Zastąpiła im ona w myśleniu przynajmniej 10 lat. W efekcie mają plan działania na 3 lata, a wydaje im się, że są ustawieni na lat 15.

Coś z tym dojrzewaniem naszej branży jest nie w porządku. Z mojego podziwu zostało zatroskanie, że mimo mody na "planowanie strategiczne", w roku 2000 obudzimy się z ręką w nocniku, bez żadnego pomysłu na następne 20 lat. A to znaczy, że za tych 20 lat nas już nie będzie.


TOP 200