Weryfikacja moralności

Wszyscy zapewne pamiętają opowiadanie lemowskie (nagroda państwowa roku 1973 ostatecznie za coś się należała...) o państwie policyjnym, w którym wszyscy pilnują wszystkich, więc nie ma kto pilnować policjantów?

Wszyscy zapewne pamiętają opowiadanie lemowskie (nagroda państwowa roku 1973 ostatecznie za coś się należała...) o państwie policyjnym, w którym wszyscy pilnują wszystkich, więc nie ma kto pilnować policjantów?

Otóż, mam wrażenie, że grozi nam podobna sytuacja w sieci. Uchwalona ponad dwa lata temu ustawa o moralności Internetu (felieton #36,http://www.apple.com.pl/kuba ) nie doczekała się wprowadzenia w życie, ale problem pozostał (felieton #89). Ktoś musi kontrolować kontrolujących sieć.

Skoro władza zasygnalizowała obywatelom, że widzi problem niemoralności, to natychmiast pojawili się ludzie, którzy postanowili włączyć się twórczo. To znaczy zrobić pieniądze i zyskać sławę. Pieniądze robi się tu, sprzedając towary, najlepiej niematerialne, sławę zaś zyskuje, pojawiając się w mediach. Notabene największe pieniądze można zrobić, gdy się ktoś ciągle pojawia, a potem opisze swoje życie. Nic bowiem tak nie wciąga, jak zaglądanie innym do sypialni.

O tę sypialnię w gruncie rzeczy poszło. Jakoś tak się składa, że z dziesięciorga przykazań tylko jedno nieodmiennie budzi zainteresowanie domorosłych moralistów. Polewanie się ketchupem z dodatkiem błysków magnezji oraz waleniem patykami o podłogę (dobrze na ekranie udaje walkę karate) jest moralne, naga pierś - nie. Przekonał nas już o tym Sienkiewicz, którego opis wbijania Bohuna na pal jest prawdopodobnie jednym z najbardziej brutalnych "momentów" w literaturze. "Ogniem i mieczem" jest jednak lekturą szkolną, bo nie ma tam żadnej niemoralnej sceny, najwyżej wspomina się oględnie o rozkoszach (poślubnego) płodzenia dzieci. Gdy mi rodzice zakazali czytać bohunowy kawałek Trylogii, oczywiście od niego zacząłem...

Z programami cenzurującymi sprawa jest nieco bardziej złożona. Otóż Trylogię można przeczytać, można spiąć spinaczem nieobyczajne miejsca (wskazując dziecku, gdzie ma najpierw zajrzeć), ale listy kilkudziesięciu tysięcy zakazanych stron nikt osobiście nie odwiedzi. Chyba że ma podobny produkt. Tak się ostatnio stało: jeden z producentów umoralniającego oprogramowania na liście zakazanych stron umieścił także... konkurencję. Pomysł sam w sobie bardzo śmiały, tyle tylko że owa konkurencja, uważająca się za bardziej tolerancyjną (i pewnie dlatego zakazywana), napuściła na bazę danych swój program, robiąc przegląd blokowanych stron. Na początku znaleziono odnośnik do własnej strony i rozpętała się burza medialna. Szybko ją jednak uciszono, bo nic tak nie psuje interesów jak skandale. A biznes w dziedzinie programów cenzurujących jest wielki. Rodzice nie mają czasu na rozmawianie z dziećmi, uspokajają więc sumienia, wydając pieniądze na zapewnienie pociechom moralnej rozrywki.

Najsmutniejsze w tym całym rozgardiaszu jest niezrozumienie psychologii dzieci, które pornografią interesują się tylko dlatego, że im rodzice zakazują, woląc utwory akcji, bo w nich coś się dzieje. Sceny tzw. łóżkowe są w gruncie rzeczy nudne, w każdym razie w porównaniu ze scenami zabijania. Pomyśleć, że poważne legislatury tygodniami zajmują się deliberowaniem nad pojedynczymi słowami, definiującymi zakres niemoralności, a taki wujaszek Dżugaszwili jednym podpisem potrafił skazać na niebyt. Niech nikt nie mówi, że nastąpił postęp. W każdym razie nie w dziedzinie cenzury i kontroli obywateli...


TOP 200