Web minus 2.0

W początkach lat 90., gdy zaczynały u nas działać kablowe sieci telewizyjne i pojawiały się anteny satelitarne, bardzo popularny był program "Bitte laecheln" ("Uśmiech proszę..."), nadawany przez jakąś niemiecką stację. Pokazywano w nim nadsyłane przez widzów nagrania, przedstawiające sytuacje, które niezamierzenie stały się zabawne, gdyż ich bohaterom przydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego i z tego powodu zabawnego.

W początkach lat 90., gdy zaczynały u nas działać kablowe sieci telewizyjne i pojawiały się anteny satelitarne, bardzo popularny był program "Bitte laecheln" ("Uśmiech proszę..."), nadawany przez jakąś niemiecką stację. Pokazywano w nim nadsyłane przez widzów nagrania, przedstawiające sytuacje, które niezamierzenie stały się zabawne, gdyż ich bohaterom przydarzyło się coś zupełnie nieoczekiwanego i z tego powodu zabawnego.

Było to miłe i zabawne do czasu, aż w programie tym zaczęły pojawiać się nagrania ewidentnie wyreżyserowane, a przez to mało prawdopodobne. Było to zarówno irytujące, jak i nudne. Potem program ten przeniesiono do innej, mniej popularnej stacji i nie wiem, czy dziś jest on jeszcze w ogóle nadawany.

Przytaczam ten przydługi przykład w związku z pojawiającymi się ostatnio co i raz entuzjastycznymi opiniami o tym, jakiej to rewolucji informacyjnej będziemy wkrótce świadkami w wyniku dość enigmatycznego jak dotąd zjawiska, zbiorczo określanego mianem Web 2.0. Entuzjazm ten i wiązane z tym zjawiskiem nadzieje zdają się zakładać, że charakterystyczna dla niego tzw. architektura uczestnictwa skończy z manipulowaniem informacją, a przez to - i społecznościami. A stanie się tak, gdyż każda opublikowana w sieci nieprawda natychmiast spotka się z ripostą i prawda zawsze będzie górą (chcąc być złośliwym, za przykład można przytoczyć to, co niedawno działo się z pewnym hasłem w polskiej Wikipedii, gdzie inna prawda była rano, inna wieczorem, a czasem zdążył ktoś jeszcze z prawdą południową).

Według tej entuzjastycznej koncepcji wszyscy będziemy autorami opisu otaczającej nas rzeczywistości i tego, co się w niej dzieje. Blogując zawzięcie i bez wytchnienia nie dopuścimy do i damy skuteczny odpór niecnym zamiarom jednostek, władz i całych (tych przez nas nie lubianych) reżimów.

Producenci odzieży, chcąc skłonić masy do ubierania się pod ich dyktando, sięgają po różne środki. Niebagatelne znaczenie w wywoływaniu takich stadnych odruchów mają osoby określane z angielska jako "trend-setters". Są to na ogół postacie znane, stale obecne i wyróżniające się w różnych kręgach towarzyskich, a ich styl ubioru i zachowania jest potem kopiowany przez otoczenie, od którego stopniowo przejmuje to ogół.

Na podobny pomysł wpadli producenci i sprzedawcy innych rzeczy, którzy opłacają całe tabuny blogerów za pisanie i umieszczanie w sieci pozytywnych opinii o ich produktach i towarach tak, jakby były to wyznania zadowolonych nabywców i użytkowników. A jak taki autor zadba jeszcze o umiejętne posługiwanie się określonymi słowami i zwrotami, to dodatkowo umieści swoje szczere wywody wysoko w rankingach wyszukiwarek i sprawa jest załatwiona (u nas wczesnym tego przejawem były tzw. artykuły sponsorowane).

Twórczość tego rodzaju tak się rozpowszechniła, że Unia Europejska rozważa wprowadzenie formalnego jej zakazu. Nie bardzo jednak zdaje się wiedzieć, jak wyznaczyć granice tego, co dopuszczalne i jak ścigać opinie przenikające spoza jej granic.

Nie wierzę więc jakoś w idee Web 2.0 i jestem przekonany, że ci, którym będzie na tym zależało i których będzie na to stać i tak znajdą środki, by nie tylko przebić się na czołowe miejsca z własnymi opiniami i interesami, ale również by wyciszyć głosy przeciwne, nawet gdy będą one głosić tzw. świętą prawdę (w tischnerowskiej klasyfikacji góralskiej).

Pewien Egipcjanin blogował niekorzystnie o tamtejszej religii i prezydencie swego kraju i w nagrodę dostał od sądu cztery lata. Zresztą - co tam daleki Egipt, skoro sami też zdajemy się szparko pomykać w kierunku brania krótko za pysk, a na briefing dla prasy w Białym Domu czy na Kremlu blogerów i tak nie wpuszczą.