Warholstwo

Szperając ostatnio w księgarni MIT, obok półki z książkami komputerowymi, zauważyłem mały stojak z płytami CD-ROM. Zaciekawiło mnie, co takiego mogą znaleźć pasjonaci komputerów w tej typowo technicznej księgarni. Pierwszą pozycją, którą wziąłem do ręki, okazał się "Maus"!

Szperając ostatnio w księgarni MIT, obok półki z książkami

komputerowymi, zauważyłem mały stojak z płytami CD-ROM. Zaciekawiło mnie, co takiego mogą znaleźć pasjonaci komputerów w tej typowo technicznej księgarni. Pierwszą pozycją, którą wziąłem do ręki, okazał się "Maus"!

Większość Czytelników CW prawdopodobnie nigdy nie słyszała o

książce grafika z Nowego Jorku Arta Spiegelmana, za którą dostał on

Nagrodę Pulitzera. Otóż - uwaga - jest to komiks z Oświęcimia! Nie z

miejscowości, tylko z obozu... Aby było śmieszniej (śmieszniej?), autor

przedstawił Niemców jako koty, a Żydów - jako myszy. Stąd tytuł, dla

niepoznaki po niemiecku.

To, że młody Amerykanin, odtwarzając historię swej rodziny, postanowił przy okazji zrobić kasę, nie dziwi mnie. W dzisiejszych czasach coraz trudniej jest zaszokować opinię publiczną. Czterdzieści lat temu Andy Warhol musiał się jeszcze dobrze napracować, kopiując wiele razy szmirowaty konterfekt Marylin Monroe lub opakowanie puszki z zupą.

Wysiłek opłacił się, dziś dzieła niedawno zmarłego artysty znajdują

się w najlepszych galeriach, a pozostawiona przezeń kolekcja różnych

różności przyniosła na publicznej aukcji wiele milionów dolarów (kto

nie chciałby mieć przedmiotu posiadanego przez geniusza?). W ten sposób narodziło się "warholstwo": sztuka sensacji i kiczu, w której udział twórczości i wysiłku artysty jest coraz mniej ważny.

Spiegelman poszedł za ciosem: już nie tylko dwie części komiksu

(drugiej nie miałem ochoty oglądać), ale także CD-ROM z głosem tatusia (a jakże, nie ma to jak multimedia, nie tylko miga, ale i gada). Tatuś za niedługo umarł, więc wydawca może reklamować płytę jako ostatnią wypowiedź jego życia. Artysta Spiegelman nie przebił jednak

osiągnięcie niejakiego Williama Styrona pt. "Wybór Zofii" (znanego

niestety, w Polsce z tłumaczenia): takiej sterty bredni o obozie

koncentracyjnym nie udało mi się nigdzie indziej znaleźć. Ale kto nie

lubi seksu z pieprzykiem, szczególnie gdy pieprzyk to tatuaż numeru

obozowego? Pracownicy MSW spędzali w latach sześćdziesiątych wakacje w budynku komendantury obozu Stutthof i opalali się nieopodal szubienicy, co sam - jako dziecię - oglądałem.

Polscy artyści nie pozostają w tyle. Kilka lat temu byłem świadkiem

reprodukowania pudełka do klocków Lego. Zastanawiając się, po co to komu, dopiero po chwili zorientowałem się, jaki zestaw zabawek dla dzieci został wykoncypowany. Zbigniew Libera wystawiał swój model obozowy w wielu miejscach - na szczęście - w kilku mu odmówiono. Gdyby nie komputer, to musiałby żmudnie odrobić skomplikowany znak firmowy. A tak w dwie godziny powstała dokładna kopia. Szybko, tanio, przyjemnie... Sztuka warholska. Szczególnie z komputera.

Doszło do tego, że prawdziwi artyści zaczynają szukać pomocy w prawie.

W Kanadzie, w prowincji Ontario uchwalono wprowadzenie znaku rejestrowanego grafika. W dalszym ciągu jednak każdy posiadacz komputera może tworzyć co mu się zamarzy, tyle tylko że nie może swoich produkcji opatrywać znakiem. Złudna jest wiara w samooczyszczanie się środowiska. Dlaczego ktoś miałby przestać łatwo zarabiać?

Z pozytywów artystycznych śpieszę donieść, że flaga prezydencka

(felieton nr 86; patrzhttp://www.prezydent.pl) wreszcie faluje w dobrą

stronę. Może nie jest tak źle z artystami?!