Wakacje dla komputera i komputerowca

Redaktor Naczelny w przedurlopowym felietonie zastanawiał się, czy wziąć komputer na wakacje. Można, ale jedynie wówczas, gdy urządzonko wyraziło aprobatę dla wyjazdu i oczywiście nań zasłużyło. W pozostałych przypadkach odradzam. Mnie nie dręczą dylematy tego rodzaju.

Redaktor Naczelny w przedurlopowym felietonie zastanawiał się, czy wziąć komputer na wakacje. Można, ale jedynie wówczas, gdy urządzonko wyraziło aprobatę dla wyjazdu i oczywiście nań zasłużyło. W pozostałych przypadkach odradzam. Mnie nie dręczą dylematy tego rodzaju.

Z góry wiem, że podczas urlopu mam mniej czasu niż kiedykolwiek w ciągu roku, nie zdobędę się więc nawet na wyjęcie go z bagażnika. Natomiast zabieram komórkę.

Chociaż po tegorocznym urlopie długo będę się zastanawiał, czy rzeczywiście zasłużyła na wyjazd przyszłoroczny. Telefon owszem rzecz pożyteczna, bo nie trzeba stać w kolejkach do budek telefonicznych - jedynych kolejkach, jakie dało się zaobserwować nad Bałtykiem. Pożytek z komórki kończy się w momencie, gdy o numerze dowiedzą się pracodawcy.

Pierwsze objawienie mocy łączności bezprzewodowej dało znać o sobie w czasie podróży, około 400 km od domu. Odebrała żona, bo ja zajęty prowadzeniem samochodu z prędkością, oględnie mówiąc, lekko powyżej dozwolonej (mimo wszystko znaleźli się tacy, którzy mnie wyprzedzali), nie będę się bawił w obsługę przenośnego sekretariatu. No i kto dzwonił? Oczywiście jeden z szefów - zdziwiony, że oni mają problem z informatyką, a ja gdzieś w środku Polski. Niemniej nie dałem się odwieść od wytyczonej marszruty i na urlop dotarłem. Następne telefony od szefów podczas urlopu "łapały" mnie dziwnym trafem zawsze podczas jazdy samochodem, chyba tylko dlatego że w innych momentach komórka była wyłączona. Po prostu. Nie brałem jej na plażę (podobnie jak papierosów), do kawiarni, na spacery, a po północy nie było sensu włączać, bo i tak nikt by nie zadzwonił.

Pod wpływem felietonu Jakuba Chabika o modzie urlopowej starałem się rozpoznać wśród plażowiczów, który zacz może być informatykiem. Nie da rady - nie odróżnisz. Jeden taki rozpostarł swe gospodarstwo ręcznikowo-plażowe nieopodal naszych leżaków, pole więc do obserwacji było doskonałe. Wykazywał dużą nerwowość - pierwsza poszlaka pozwalająca mniemać, że może to być komputerowiec. Co rusz wstawał, nerwowo się poruszał, wchodził do wody, gdzie na głębokości 20 cm kładł się na brzuchu i coś w rodzaju pompek wyczyniał. Zaraz też wracał na ręcznik, znowu kilkanaście pompek (ludzie! - w życiu nie widziałem, aby ktoś robił pompki, mając biodra stale na jednej wysokości. Takich to można i ze sto zrobić bez większego wysiłku). Z jego rozmów telefonicznych wynikało zdecydowanie, że nie jest facetem z naszej branży. Jednak w końcu pewnego informatyka, dzięki telefonii komórkowej, namierzyłem. W domu wczasowym, na balkonie piętro niżej dało się słyszeć fragmenty rozmowy: "To nie jest łącze analogowe, tylko cyfrowe.... może trzeba coś w opcjach programu ustawić". I już było swojsko.