W poszukiwaniu końca

Internet, pomimo oczywistej skończoności, wydaje się nieskończony, przynajmniej takie wrażenie może sprawiać wędrowanie po jego zakamarkach, co podobnym go czyni do wszechświata, którego krańca też sięgnąć nie możemy. Różnica między wszechświatem a Internetem jest taka, że w tym pierwszym się znaleźliśmy, a ten drugi sami tworzymy, chociaż jako twórcy sami nie możemy już powiedzieć, gdzie się on zaczyna, a gdzie kończy - zarówno w sensie merytorycznym, jak i geograficznym - bo nie ma tu żadnej liniowości ani wektora wytyczającego swym ostrzem kierunek ekspansji.

Internet, pomimo oczywistej skończoności, wydaje się nieskończony, przynajmniej takie wrażenie może sprawiać wędrowanie po jego zakamarkach, co podobnym go czyni do wszechświata, którego krańca też sięgnąć nie możemy. Różnica między wszechświatem a Internetem jest taka, że w tym pierwszym się znaleźliśmy, a ten drugi sami tworzymy, chociaż jako twórcy sami nie możemy już powiedzieć, gdzie się on zaczyna, a gdzie kończy - zarówno w sensie merytorycznym, jak i geograficznym - bo nie ma tu żadnej liniowości ani wektora wytyczającego swym ostrzem kierunek ekspansji.

Gdybyśmy chcieli przejrzeć wszystkie strony internetowe, kierując się tym, co w indeksach Google'a występuje, musielibyśmy przebyć daleką drogę zahaczając o 3 miliardy 300 milionów odwiedzin. Gdybyśmy na każdą z tych stron poświęcili nie więcej niż 10 sekund, zajęłoby nam to ok. 3800 dni, czyli ponad 10 lat klikania bez przerwy. Nie o bezmyślne klikanie tu jednak chodzi - aczkolwiek jego miara najlepiej do wyobraźni każdego z nas wydaje się trafiać - bowiem obcowanie ze stroną internetową nie na tym polega.

Przez pierwsze dwa miliardy lat istnienia gatunków ożywionych szybkość wzrostu złożoności struktury DNA wynosiła około jednego bitu na sto lat, aby w ciągu ostatnich kilku milionów lat zwiększyć się do jednego bitu na rok. Był to ukłon natury wyposażającej organizmy w bardziej złożone mechanizmy przekazywania informacji na drodze biologicznej. Gdy jednak ok. 6-8 tysięcy lat temu wynaleziono pismo, zmieniła się i mocno uprościła droga przekazu informacyjnego następnym pokoleniom, tym razem już z pominięciem mozolnej ewolucji biologicznej. Obecnie przyrost informacji rozpowszechnianej drogą pisemną ma charakter wykładniczy i jest tak ogromny, że - jak pisze Stephen Hawking w książce Wszechświat w skorupce orzecha - gdyby ktoś zechciał ustawiać wszystkie nowo pojawiające się książki w jedną linię, musiałby to robić z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, aby nadążyć za procesem wydawniczym. Jeśli liczba opracowań będzie rosnąć nadal w tak zastraszającym tempie, to w dziedzinie samej tylko fizyki teoretycznej, w roku 2600 będzie ukazywało się na świecie dziesięć artykułów na sekundę, co oznacza ni mniej ni więcej, tylko tyle, że nikt nie będzie miał czasu ich przeczytać.

Chociaż brzmi to wszystko trochę niebywale i niezbyt dla nas wiarygodnie, niemniej wynika ze ścisłego wyliczenia, a matematyka przecież nie kłamie. Zastanówmy się jednak czy wnioski wykluwające się z tej wyliczanki rzeczywiście się ziszczą, czy też jest to tylko czcze żonglowanie liczbami. Wydaje się, że skoro nie będzie fizycznej możliwości zapoznania się z nowymi opracowaniami, prawdopodobnie przestaną się one pojawiać, bo trudno zakładać, że pobudką do ich zaistnienia jest wyłącznie grafomania. Aby pisać, trzeba mieć o czym, a jeśli jest to pisanina naukowa, co różni ją przecież od beletrystyki, wymagany jest podkład, czyli wcześniej wyasygnowane - że tak powiem w żargonie popularno wojskowym - siły i środki na badania. Stan przesycenia informacyjnego szybko zostanie okiełznany, nie doprowadzając do efektu zatkania. Trudno zakładać, że przyrost informacyjny będzie w nieskończoność utrzymywał swoją wykładniczą tendencję, jeśli oczywiście mamy rozpatrywać wytwarzanie informacji użytecznej, a nie jakiegoś szumu.


TOP 200