W oku cyklonu

Większość z nas to mieszczuchy, którym miasto zapewnia sztuczne, dopasowane do naszych potrzeb, słabości i przyzwyczajeń, warunki i środowisko życia. Środowisko, a w nim rzeczy tak oczywiste jak to, że w gniazdku jest prąd, w kranie woda, a wyrzucane do pojemników śmieci gdzieś się podziewają.

Większość z nas to mieszczuchy, którym miasto zapewnia sztuczne, dopasowane do naszych potrzeb, słabości i przyzwyczajeń, warunki i środowisko życia. Środowisko, a w nim rzeczy tak oczywiste jak to, że w gniazdku jest prąd, w kranie woda, a wyrzucane do pojemników śmieci gdzieś się podziewają.

W domu spokojnie oglądamy telewizję, gdzie w kolejnym reportażu z wystawy elektroniki w Las Vegas pokazują urządzenia, które mają, na najróżniejsze sposoby, nie pozwolić nam się nudzić. Do wspólnych cech większości z nich należy to, że do działania potrzebują elektryczności i łączności. Sama łączność zresztą też potrzebuje elektryczności, o czym można się przekonać dopiero wtedy, gdy brak tej ostatniej.

W drodze tam nic nie zapowiadało takiego właśnie obrotu spraw: owszem, były jakieś prognozy, ale wiadomo przecież, że oni zawsze przesadzają i nigdy nie jest tak źle, jak mówią. Podmuchy wiatru dawało się odczuć nawet w stojącym samochodzie, a po przybyciu na miejsce, we wczesnych godzinach popołudniowych, trochę wiało, ale przecież w otwartej przestrzeni rzadko kiedy nie wieje. Więc obiad w restauracji, zakwaterowanie w leżącej od niej po przekątnej podwórza części hotelowej i powrót do - nazwijmy to tak - części głównej i do roboty...

Spokojnie szumi projektor, a kilkanaście par oczu patrzy na ekran, gdzie pokazują się kolejne slajdy prezentacji. Mija pierwsza godzina, potem druga, i nagle, gdzieś daleko, jakby coś rozbłysło. Za chwilę znowu. Przerwa. Za oknem smukły, zwężający się ku górze stalowy maszt, taki do flagi, wysoki tak do drugiego piętra. Dzieje się z nim coś dziwnego: nie ma na nim flagi, a górna jego część co i raz odchyla się o jakieś pół metra, a może więcej. Po drzewach w pewnej oddali też już widać, że to nie zabawa...

Znowu błysk i zaraz potem grzmot. Teraz już nie ma wątpliwości. "Piorun na gołe lasy - ciężkie czasy..." - zwykła mawiać Babcia, ale nie powtarzam tego głośno. Gaśnie światło. Ktoś pyta: - Macie sygnał w komórkach? Odpowiada niemal chór: - Nie mamy. Część lamp lekko się rozświeca, ale zaraz gaśnie, by za chwilę znów zaświecić migocącym światłem. Przychodzi ktoś z obsługi i mówi, że właśnie uruchomili własne zasilanie awaryjne, bo prądu raczej dłużej nie będzie. Ostrzega jednocześnie - generator wystarcza tylko na część główną, w hotelowej prądu nie ma i nie będzie...

Na chwilę wraca sygnał w komórkach, więc wszyscy rzucają się do rozmawiania. Po chwili sygnał ponownie zanika i - jak się okaże - nie będzie go już do końca pobytu (ale zawsze jeszcze ekranem telefonu można sobie poświecić w ciemnościach). Kiedyś trzeba jednak pójść spać, chociaż w części hotelowej ciemno i zimno. W recepcji każdy dostaje do ręki zapaloną świeczkę, żadnego oświetlenia awaryjnego, żadnego oznakowania ewakuacyjnego. A gdyby tak ktoś zasnął nie zgasiwszy świeczki?

Rano nie ma ciepłej wody i przestają działać zwykłe telefony. Łączności nie ma już żadnej. Prąd z generatora tylko na krótkie chwile. Zajęcia powoli zmieniają się w szkołę przetrwania. Po obiedzie decyzja - wyjazd!

Zaraz po wyjeździe, na siedmiokilometrowym odcinku przez las, pięć kolejnych razy widać uprzątnięte już drzewa, które zwaliły się w poprzek jezdni. Grube, że i czołg by sobie nie poradził. W pewnym miejscu przy drodze - brak lasu - tak na oko - 100 na 50 m. To znaczy las jest, ale leży.

Jeszcze dwa kilometry i wraca sygnał w komórce. Za ponad dwie godziny - i miasto, i dom. No to komputer, internet i dawno nie widziana poczta. Ale co to? "Przepraszamy - strona chwilowo niedostępna".

Niedostępna? Chwilowo? Jak tak może być? To skandal. Mamy przecież w końcu ten XXI wiek, nie?


TOP 200