W dziesiątkę

Redaktor Naczelny zapytał mnie, jaki mam pomysł na uczczenie zbliżającej się 10. rocznicy wydawania Computerworld w Polsce. Jestem osobą pozbawioną wszelkich pomysłów, więc oczywiście nic nie wymyśliłem. Na szczęście los bierze sprawy w swoje ręce i sam podrzuca rozwiązania. Otóż w tygodniu, gdy intensywnie myślałem o jubileuszu, w mojej firmie zezłomowano kilka komputerów.

Redaktor Naczelny zapytał mnie, jaki mam pomysł na uczczenie zbliżającej się 10. rocznicy wydawania Computerworld w Polsce. Jestem osobą pozbawioną wszelkich pomysłów, więc oczywiście nic nie wymyśliłem. Na szczęście los bierze sprawy w swoje ręce i sam podrzuca rozwiązania. Otóż w tygodniu, gdy intensywnie myślałem o jubileuszu, w mojej firmie zezłomowano kilka komputerów.

Stare VAX-y oraz DECstation nie budzą moich sentymentów, bo dziesięć lat temu mogłem o nich tylko marzyć - jako pracownik nauki miałem dostęp do rachitycznego pececika. Wśród typowych skrzynek zapałętał się jednak Mac SE. Tak, taki sam jak mój opisany w felietonie SEntymentalny staruszek (CW nr 04/1999). Zakurzony i brudny, wzbudził we mnie współczucie i postanowiłem mu darować. Przeniosłem do mojego pokoju i nieco oczyściłem obudowę, wyrzuciłem wszystkie śmieci z myszki, po czym włączyłem do sieci. Myślałem, że pewnie już dawno spalił mu się zasilacz, a on tymczasem w charakterystyczny sposób zacharczał dyskiem, rozjaśnił ekran i wystartował!

Nie przyznam się publicznie, ale jakoś ciepło zrobiło mi się na duszy i coś tam zaszkliło się w oczach. Opanowałem jednak emocje, bo przecież RedNacz czekał na pomysł, a cóż takiego mogłem sam wymyślić. Zupełnie inna sprawa miała się ze świadkiem wydarzeń sprzed 10 lat. Przede wszystkim postanowiłem doprowadzić go do przyzwoitości - kurz sypał mu się z kratki wentylacyjnej. Gdzieś w domu miałem jeszcze specjalny klucz do otwierania obudowy, odszukałem go i zajrzałem w bebechy. Wszystko było na miejscu, żadnego luźnego kabelka, tylko sterty farfocli. Z pomocą puszki sprzężonego powietrza w try miga pozbyłem się brudu, sprawdziłem połączenia i złożyłem eksponat z powrotem.

Zajrzałem na dysk: 20 MB - to właśnie miara tych dziesięciu lat. 450 razy mniej niż dzisiejsze. Pamięci za to mój eksponat ma całe 4 MB, więc tylko jakieś 24 razy mniej niż obecne pudełka. Ale startuje równie szybko jak one, bo cały system mieści się na jednej dyskietce, choć zegar ma 16 MHz, jakieś 30 mniej niż dziś. Z pustej ciekawości zajrzałem w katalog plików i znalazłem tam wiele ciekawych dokumentów czasu minionego. Na przykład zasady stosowania komputerów sprzed dziesięciu lat. Wymieniano wśród nich jako niedozwolone używanie służbowych maszyn w celach prywatnych oraz politycznych, nikomu jednak nie przyszło do głowy zastrzec zastosowania komercyjne. Była to przecież era przedinternetowa.

Szokujące jest samo zachowanie się staruszka - dokumenty MS Word włączają się równie szybko jak na nowoczesnych odrzutowcach. Ba, nawet arkusze kalkulacyjne i rysunki pokazują się natychmiastowo. Oczywiście, są czarno-białe i maleńkie (przekątna ekranu 9"), ale kto tak naprawdę potrzebuje koloru do pisania i robienia obliczeń?! Rozbestwiony, postanowiłem pokazać, że przez dziesięć lat nic się nie zmieniło. Mój eksponat ma kartę sieciową, więc w stercie rupieci znalazłem przejściówkę ze skrętki na koncentryk i już miałem podłączać do sieci, gdy zorientowałem się, że brak mi oprogramowania do TCP/IP - dziś standardu, a dziesięć lat temu dziwacznego dodatku, za który trzeba było słono płacić.

Tak więc znalazłem odpowiedź na dręczące mnie pytanie. Nic się nie zmieniło, a jednak zmieniło się wszystko. Ciekawe, czy za dziesięć lat zarówno SE, jak i mój obecny G3 będą równie archaiczne. Czas biegnie bardzo szybko...


TOP 200