Uwierzyć w Eskimosa

Podobno na Grenlandii mieszka lud zwany Eskimosami. Żyją oni w domkach z lodu zwanych igloo, ubierają się w skóry oraz polują na ryby i foki.

Podobno na Grenlandii mieszka lud zwany Eskimosami. Żyją oni w domkach z lodu zwanych igloo, ubierają się w skóry oraz polują na ryby i foki.

Krytyczny umysł, rozważając problem Eskimosa, musi dojść do wniosku, że pogłoski o jego istnieniu nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Każdy wie, że w domku z lodu nie da się mieszkać, bo nie można tam zamontować kaloryferów, a bez ciepłych kaloryferów nie da się przeżyć zimy. A gdyby nawet się udało, to na wiosnę lód stopnieje i domek popłynąłby razem z roztopami. Na Grenlandii nikt nie mieszka, wiem, bo sam widziałem podczas lotu samolotem. Wszystko się zgadzało - góry były, lodowce były, ale żadnego Eskimosa nie było. Wystarczy sięgnąć po atlas, żeby przekonać się, że Grenlandia - rzekome miejsce ich zamieszkania - podlega Danii. Mam dużo kontaktów zawodowych z Duńczykami, nawet byłem w Danii w delegacji, a nie widziałem nikogo, kto ubierałby się w skóry, mieszkał w lodowym domku oraz polował na ryby i foki. Jak widać, zarówno rozważania teoretyczne, jak i doświadczenie wskazują niezbicie, że Eskimosów nie ma i już.

Jeżeli komuś powyższa argumentacja wydała się komiczna albo nawet głupia, to proszę posłuchać przedstawicieli niektórych firm, nie tylko informatycznych, którzy wypowiadają się z lekceważeniem na temat Linuxa, produktów opartych na licencji GNU i całego ruchu open source. Stosują oni ten sam typ argumentacji, by udowodnić, że to mało ważne zabawy hobbystów, podczas gdy w tej chwili widać, że to wielki biznes.

Ponieważ ludzie nie widzą logo Linuxa na swoich, domowych komputerach, wydaje im się, że nie korzystają z niego. Rzut oka na listy komercyjnych zastosowań tego systemu (np.http://www.stti-usa.com/LinuxSuccess.htm albohttp://www.m-tech.ab.ca/linux-biz) nie pozostawia wątpliwości. Dzwoniąc przez telefon, składając zlecenie w e-banku, wysyłając list, oglądając prognozę pogody, czytając codzienną gazetę i robiąc wiele, wiele innych czynności, nieświadomie korzystamy z towarów i usług, do których użyto narzędzi open source.

Przedsiębiorstwa są nieświadome korzyści płynących z zastosowania tego typu narzędzi, bo czegoś brakuje w ekonomii. Nie ma szeroko znanych i stosowanych modeli liczenia dochodów, które powstają w wyniku zastosowania darmowego oprogramowania. Łatwo policzyć oszczędności na licencjach na komercyjne systemy (o ile wcześniej nie zapominało się ich kupić; jaka bywa praktyka, wszyscy wiemy). Trudniej oszacować korzyści płynące z lepszego bezpieczeństwa, efektywniejszego uzyskiwania wiedzy, a także dostępu do niedrogich usług outsourcingowych i kadry. Zdaje się, że przedsiębiorstwa nie wypracowały jeszcze metod, które pozwoliłyby oszczędności te widzieć w miesięcznych raportach finansowych.

Co ciekawe, ci, którzy najgłośniej zaprzeczają istnieniu Eski..., to znaczy otwartych narzędzi informatycznych, są doskonale poinformowani co do ich rzeczywistych perspektyw rynkowych. Jim Allchin, wicedyrektor Platforms Group w firmie Microsoft, podczas wywiadu dla CNET.com powiedział: "Ruch open source niszczy własność intelektualną. (...) Nie mogę sobie wyobrazić nic gorszego dla przemysłu oprogramowania". Nerwowość wysokiego przedstawiciela Microsoftu jest całkowicie uzasadniona. Jak widać w Redmond naprawdę boją się Linuxa, choć jednocześnie twierdzą, że w ogóle w niego nie wierzą.

Ja wierzę. Podobnie jak w Eskimosów, choć tych - w przeciwieństwie do Linuxa, LaTeXa, Apache'a, Star Office'a i paru innych programów serii open source - nigdy nie widziałem.


TOP 200