Utracona cnota

Do niedawna żyłem w błogim przekonaniu, że na tym najlepszym ze światów mamy dwa rodzaje oprogramowania: komercyjne i darmowe.

Do niedawna żyłem w błogim przekonaniu, że na tym najlepszym ze światów mamy dwa rodzaje oprogramowania: komercyjne i darmowe.

To pierwsze, jak wynika z nazwy, bywa sprzedawane, zaś to drugie jest rozdawane. Istnieją wprawdzie warianty obu typów, spotykające się gdzieś pośrodku drogi, ale w gruncie rzeczy zawsze z przechyłem w którąś stronę. Albo jest to soft komercyjny, którego można używać przez jakiś czas, np. trzydzieści dni, a potem przestaje działać, albo też jest to w gruncie rzeczy darmocha, która coraz dłużej wyświetla błaganie o datek.

W świecie Windows czy Macintosha dobre oprogramowanie należy prawie zawsze do kategorii pierwszej, czyniąc z tych dwu platform oazę komercji. Choć system operacyjny jest dodawany do nowego żelaza, jego uaktualnienie już na ogół nie jest darmowe. Natomiast w świecie Linuxa do rzadkości należą programy, za które trzeba płacić. Ba, znam młodych i ambitnych, którzy za cel życia postawili sobie nigdy nie zainstalować żadnego płatnego oprogramowania. Nie muszę chyba wyjaśniać, że między dwoma opisanymi powyżej światami istnieje cicha nienawiść, bo komercyjni ścierpieć nie mogą darmozjadów, ci zaś nie pozostają dłużni, uważając sprzedających programy za oszustów. W Polsce tym ostatnim dzielnie pomagają piraci, czyli mówiąc po ludzku złodzieje, kopiujący na lewo i prawo co się da.

Zaryzykowałbym tezę, że wszystkie prywatne komputery pracujące w Polsce pod komercyjnymi systemami operacyjnymi zawierają jakieś kradzione oprogramowanie. W świecie firm, jak to pokazują boje toczone przez BSA, też sporo jest takich okazów.

Tymczasem w świecie Linuxa problem kradzieży nie istnieje, bo nie ma czego kraść. Dlatego też użytkownicy tych systemów operacyjnych chodzą dumni jak pawie, a raczej jak dziewice nie skażone komercją. Niestety, żyjemy w XXI wieku i dziewictwo łatwo jest stracić. Oto, co przydarzyło się niedawno, a co opisuję ku przestrodze tych wszystkich, którzy nie chcą zostać dziewicą konsystorską lub raczej sądową. Otóż, w mojej firmie ściągnięto z sieci i zainstalowano darmowy kompilator pod Linuxa. Licencja nie pozostawiała wątpliwości, tak w każdym razie się wydawało. Pakiet dołączono do lokalnie używanego standardu i jako taki został skopiowany na dobrze ponad setkę komputerów, co nieopatrznie acz dumnie opisaliśmy na naszej stronie internetowej. Po jakimś czasie otrzymaliśmy grzeczny list od producenta, że właśnie dowiedział się, iż rozprowadzamy oprogramowanie XYZ, co jest wprost zakazane. Rzeczywiście, jednym zdaniem gdzieś w środku tekstu licencji. Zażądano od nas wykupienia tzw. site license za kwotę dużą, ale prawdopodobnie mniejszą niż honorarium adwokatów, którzy pewnie udowodniliby, że nie rozprowadzaliśmy, tylko kopiowaliśmy z sieci. Tak więc podjąłem decyzję zapłacenia dla świętego spokoju. Choć szybkie sprawdzenie na stronie owego producenta wykazało, że program nie jest już darmowy, ba - w ogóle nie można go pobrać.

Wszystko stało się dla mnie jasne. To jest nowy sposób sprzedawania oprogramowania - najpierw rozdawać, potem przestać i zamknąć źródło, a na koniec zacząć gonić wszystkich, którzy je mają. Trzeba tylko dobrze sformułować treść umowy licencyjnej, tak aby było do czego się przyczepić. Nie wiem, ile podobnych pomysłów zostało już wdrożonych i jako bomby z opóźnionym zapłonem czeka sobie na dyskach pingwinowców. Wiem za to, że Linux utracił cnotę, a tej jak wiadomo nie da się w żaden sposób przywrócić.


TOP 200