Urodzaj na cenzorów

Der Spiegel" napisał niedawno, że chińskie władze tak lubią wolność prasy, jak Watykan kontrolę urodzin. A było to w kontekście chińskiego projektu ustawy zakazującej nieuzgodnionych z władzami publikacji o miejscowych katastrofach.

Der Spiegel" napisał niedawno, że chińskie władze tak lubią wolność prasy, jak Watykan kontrolę urodzin. A było to w kontekście chińskiego projektu ustawy zakazującej nieuzgodnionych z władzami publikacji o miejscowych katastrofach.

Niby - jak na Chiny - "nic nowego", ale nowe w tym przypadku jest chociażby to, że zamierza się tam ująć w ramy prawa to, co dotąd oceniano "po uważaniu", jak i to, że projekt ustawy opublikowano, co musiało zaowocować wymianą poglądów na jej temat.

Wielu z nas pamięta cenzurę działającą w Polsce, która, pośród swych odpowiedników z krajów ościennych, uchodziła za przewidywalną, a nawet łagodną. To ostatnie w tym głównie sensie, że działała prewencyjnie, na siebie biorąc odpowiedzialność za zgodę na opublikowanie. Były jednak i tzw. zapisy, uniemożliwiające niektórym osobom publikowanie w ogóle, czego przez wiele lat doświadczał (i o czym mało kto wie) m.in.

Jerzy Urban. Cenzury sąsiednie oceniały teksty ex post, co dawało skuteczniejszą, bo wzmacnianą obawami, autocenzurę autorów i redaktorów. My zabieramy się teraz za odrabianie zaległości z przeszłości i podobny mechanizm całkiem nieźle funkcjonuje już u nas i mamy nawet licznych specjalistów w zabieganiu w ten sposób o względy kogo trzeba.

Nie przeszkadza nam to jednak w ciskaniu gromów na - pozostając w chińskiej konwencji - swoistą "bandę trojga", czyli Google, Microsoft i Yahoo!, które to organizacje zgodziły się na wprowadzenie do swych serwisów internetowych dostępnych w Chinach pewnych ograniczeń, żądanych przez tamtejsze władze. Przeciwstawia się im internetową encyklopedię Wikipedia, która okazała się nieugięta i na podobne żądania się nie zgodziła, czego skutkiem będzie zapewne brak tam dostępu do niej w ogóle.

Dziwią mi się i domownicy i znajomi, że często wolę sięgać do encyklopedii wydanych przed rokiem 1990, niż do ich nowszych edycji. Dla mnie jest to oczywiste: tamten ezopowy język umiem czytać i wiem, gdzie spodziewać się ewentualnych przemilczeń czy przeinaczeń. W późniejszych wydaniach zaś, szczególnie jeśli idzie o bliską historię, jest ona pisana na ogół emocjonalnie, a przez to tendencyjnie, co znacznie trudniej odfiltrować.

Tak, czy inaczej jednak - wolę taką encyklopedię od żadnej, i wolałbym ograniczony nawet dostęp do Internetu od jego braku. A nie ma takiej cenzury, szczególnie jeśli o Internet idzie, która byłaby w stanie zatrzymać wszystkie treści, które sama uważa za niewłaściwe. Zawsze coś się przedostanie i zawsze pozostają treści ogólne, których dostępność też rozwija i pobudza myślenie, co nieuchronnie prowadzi do zadawania sobie pewnych pytań i formułowania własnych do nich odpowiedzi.

Kościół też usiłował kiedyś cenzurować wszystko co się ukazywało i zapewne nadal prowadzi swe wykazy książek zakazanych. Książkę wydaną przez wydawnictwo religijne miałem ostatni raz w rękach 10, a może więcej lat temu i na odwrocie strony tytułowej miała ona nazwiska księdza-cenzora i jego łacińskie przyzwolenie "nihil obstat".

Zabiegająca o przyjęcie do Unii Europejskiej Turcja, jak podała przed kilkoma dniami "Neue Zuercher Zeitung", w ciągu ostatnich 18 miesięcy wytoczyła swym pisarzom 49 spraw karnych o to, co napisali w swych książkach.

Trzy dni później "New York Times", jak to podkreślono - "z przyczyn prawnych" uniemożliwił czytanie jednego ze swych artykułów odbiorcom Internetu w Zjednoczonym Królestwie.

My nie pozostajemy gorsi, tyle że jeszcze przy okazji śmieszni. Najpierw obrażamy się o felieton w niemieckiej gazecie, a potem, żeby było jeszcze śmieszniej, jakiś lokalny dostojnik zakazuje wyświetlania "Harry'ego Pottera". W trosce o zdrowie moralne... dzieci.


TOP 200