Udawanie Koreańczyka

Rząd koreański postanowił, że w 2015 roku uczniowie nie będą musieli już nosić do szkoły tradycyjnych podręczników. Ich wersje elektroniczne zostaną załadowane na tablet, który będzie przeciętnemu Kimowi służył za książkę, zeszyt, notatnik, komunikator oraz przypominacz o zadaniach domowych i klasówkach.

Jak znam Koreańczyków (odrobinę, ale jednak trochę), pomysł powstał na długo przed tym, jak Apple wypuścił swojego . Sądzę, że w ministerialnych szufladach - przepraszam, w serwerowniach! - są już opasłe tomiska zawierające szczegółowy plan wdrożenia, analizy finansowe takiego ruchu dla wszystkich uczestników rynku (rodzice-autorzy-wydawcy-szkoła), listę ryzyk przedsięwzięcia, plan komunikacji społecznej, specyfikację przetargu na urządzenia, a nawet instrukcję postępowania dla nauczycieli na wypadek, gdyby jakiemuś dzieciakowi się zniszczył lub po prostu rozładował.

Kiedy natomiast nasi politycy mówią w kampanii wyborczej o wprowadzeniu tabletów do szkół, wiem, że tylko z pozoru przypomina to rozwiązanie koreańskie. Bo nasz rząd, w odróżnieniu od koreańskiego, nie dysponuje zapleczem planistycznym, logistycznym i analitycznym - słowem, intelektualnym - aby taki plan opracować. Zapewne skończyłoby się jak zawsze. Zakupiono by urządzenia (w niedostatecznej liczbie) przed opracowaniem elektronicznych podręczników, bez przygotowania uczniów i nauczycieli do ich wykorzystania, bez opracowania zasad prawnych, itd. Oczywiście zostałby powołany specjalny Urząd Tabletyzacji Edukacji, który szybko zatrudniłby setki urzędników, kupił powierzchnię biurową, samochody służbowe, telefony oraz przeloty do Brukseli na konferencje, narady oraz planowanie dyrektyw. Zanim całe otoczenie byłoby gotowe, dany model tabletów byłby przestarzały - i trzeba byłoby kupić następne.

Na łamach Computerworld poświęcilibyśmy takiej pięknej katastrofie cykl artykułów z gatunku "co zawiodło?", a Pudelek naszego portalu, czyli Bywalec, analizowałby kolejne roszady personalne na czele urzędu.

Bo w dzisiejszych czasach informatyzacja (wszystko jedno, przedsiębiorstw czy zadań państwa) to skomplikowane przedsięwzięcia. Technologia gra w nich rolę zasadniczą, ale z punktu widzenia zarządzania jest względnie łatwa. "Diabeł tkwi w szczegółach" - czyli powiązaniu rozwiązań technicznych, szkoleń, instytucji i prawa oraz zarządzania kompetencjami i komunikacją.

Jeśli polscy politycy chcą "udawać Koreańczyka", to niech lepiej sobie pofarbują włosy na czarno, popudrują twarze i naciągną skórę wokół oczu. Od tabletów w szkołach proszę się trzymać na razie z daleka.