Udany projekt

Wybudowałem dom. Wszystko odbyło się zgodnie z tradycją, to znaczy kosztowało nie tylko dużo pieniędzy, ale - zgodnie ze wspomnianą tradycją - także dużo zdrowia i czasu. Dziś jest już po wszystkim i nie powiem, żebym się nie cieszył. Jeszcze wprawdzie pozostały jakieś drobiazgi, głównie w otoczeniu domu, ale i we wnętrzu dobrych parę dni z pędzlem spędzić jeszcze będę musiał. Ściana prowadząca wraz ze schodami na pierwsze piętro ma być - i będzie - malarskim przełożeniem mych ulubionych kompozycji, aby rytmiczniej i weselej kroczyło się w górę i w dół.

Wybudowałem dom. Wszystko odbyło się zgodnie z tradycją, to znaczy kosztowało nie tylko dużo pieniędzy, ale - zgodnie ze wspomnianą tradycją - także dużo zdrowia i czasu. Dziś jest już po wszystkim i nie powiem, żebym się nie cieszył. Jeszcze wprawdzie pozostały jakieś drobiazgi, głównie w otoczeniu domu, ale i we wnętrzu dobrych parę dni z pędzlem spędzić jeszcze będę musiał. Ściana prowadząca wraz ze schodami na pierwsze piętro ma być - i będzie - malarskim przełożeniem mych ulubionych kompozycji, aby rytmiczniej i weselej kroczyło się w górę i w dół.

O domu w szczegółach nie będę pisał, bo duży jest i skomplikowany, ale nie aż tak, że są w nim doryckie kolumny. Bardziej chce mi się napisać, co nadmieniłem na wstępie, że kosztował mnie dużo pieniędzy, zdrowia i czasu. Ale nie mogę sobie darować opisania przynajmniej dwóch miejsc, które zresztą - wbrew nawet moim przypuszczeniom - kosztowały najwięcej, powiedzmy, mojej uwagi. Galeria nad parterem to miejsce pierwsze, a na całej galerii dokładnie wkoło nad całym parterem półki na książki. Książek jeszcze nie ma i nie wiem czy będą, bo w moim wieku książki nie bardzo są potrzebne, ale dla próżności, czemu nie mieć książek. Myślę, że to musi być wielka przyjemność mieć bibliotekę w domu. Przechadzać się: tu literatura piękna, obca, polska, malarstwo, filozofia, poradniki kulinarne, psychologia, serie wydawnicze, czasopisma, wiele roczników wielu czasopism i w każdej chwili wejść można na taką galerię, popatrzeć z góry na dywan na parterze, a po chwili rozkoszować się bogatą biblioteką, nie żeby od razu czytać, ale rozkoszować się zwyczajnie. Cieszyć się tym, że dzieci, nim dojdą do drzwi swych pokoi, przejść muszą obok półek z... ach, gdyby chciały czytać.

Miejsce drugie to garaż. Nie z powodu pucowanego każdego popołudnia auta. Auto też jest ważne. Nie pisaliby w reklamach "pokaż mi swój samochód, a powiem ci kim jesteś" (ja akurat swego samochodu nie mam i nie mogę pokazywać kim jestem). Garaż to takie miejsce, w którym (poza ważnym autem, nie ma co ukrywać) jest wszystko. Wszystko, poza kosiarką do trawy, bo kosiarka do trawy, a jeszcze bardziej facet chodzący za kosiarką do trawy, są we dwoje zwyczajnie śmieszni. Śmieszni w swej istocie, tak jak nie jest śmieszny w swej istocie facet machający kosą, choć trawa potraktowana kosiarką nieporównywalnie bardziej się nam podoba od trawy męczonej kosą. Kosiarka nie i dalej nie warto tego tłumaczyć, ale wszystko inne, co potrzebne może być facetowi cieszącemu się posiadaniem domu w garażu, musi być. Narzędzi jest więc w mym garażu bez liku. Samych śrubokrętów będzie z piętnaście i aby nie wzbudzić zazdrości, pozostałych narzędzi wymieniał nie będę. Garaż jest taki w każdym razie, że nie chce się z niego wyjść, a nawet wejść do auta i poczuć się królem szos, choć do tego, jak pokazuje życie, nie trzeba mieć garażu.

Dużo pieniędzy, zdrowia i czasu kosztował mnie dom i o tym miałem pisać, nawet nie o tym, że w garażu i w bibliotece są miejsca do podłączenia się do Internetu miałem pisać, nie o tym, że cały dom jest okablowany wszerz i wzdłuż, ale o pieniądzach, czasie i zdrowiu mym miałem pisać.

O pieniądzach, dlatego że dom kosztować miał kwotę X, a kosztował X razy 2,5, czasie... nie będę pisał ile nocy "przespałem" z... wiertarką w objęciach (budowa trwać miała dwa lata, a trwała prawie cztery), zdrowiu... nigdy bym nie przypuszczał, że tak szybko pojawią się siwe włosy na mej głowie.

Napiszę więc, trochę niezadowolony z wymienionych wyżej powodów (nie ma co ukrywać), dlaczego piszę o swoim domu. Piszę dlatego, ponieważ napisał do redakcji list Pan Andrzej (drukowany w numerze 9/2000), pytając, jak to się dzieje, że piszemy o wielu udanych projektach informatycznych, tymczasem statystyki "szanowanych firm konsultingowych" (jak ujął to Pan Andrzej) wskazują, że 80% tychże projektów kończy się niepowodzeniem. Drogi Panie Andrzeju, piszę o swym domu, aby wyjaśnić Panu czarno na białym i nie tylko Panu, iż te statystyki są nieludzkie. Statystyki te stawiają przed nami nieludzkie wymagania. Te statystyki każą wybudować dom za świętą sumę X, w czasie między ósmą a szesnastą, i powiadają na dodatek, że ani razu w czasie budowy domu nie zaboli nas głowa. Panie Andrzeju, ze swego doświadczenia mogę powiedzieć, że zapłaciłem znacznie więcej, poświęconego czasu zliczyć nie potrafię i tylu wizyt u lekarza nikomu nie życzę. A mimo tego jestem zadowolony, zadowolony ostatecznie z funkcjonalności swego domu jestem. Panie Andrzeju, nie ma projektów idealnych, nie ma projektów wyśnionych przez "szanowane firmy konsultingowe". Są projekty tylko udane. I to w zupełności winno mam wystarczyć. Zawsze wydamy więcej, z wędkowania nieraz zrezygnujemy, za serce się chwycimy niespodziewanie. Jeszcze jedno, niestety w tym wypadku a propos nieudanych projektów: mój dom stoi tylko w mojej wyobraźni. A taki mógłby być piękny. Tani. Funkcjonalny. A ja żyłbym w nim zdrowo i szczęśliwie sto, tradycyjnych, lat.


TOP 200