UE v. 2.0

Ten felieton przeczytają Państwo w szczycie kampanii wokół referendum europejskiego. I ciekaw jestem, czy w tej kampanii padnie choć słowo na temat roli, jaką informatyka może odegrać w trwającej dyskusji wokół ustroju przyszłej Europy.

Ten felieton przeczytają Państwo w szczycie kampanii wokół referendum europejskiego. I ciekaw jestem, czy w tej kampanii padnie choć słowo na temat roli, jaką informatyka może odegrać w trwającej dyskusji wokół ustroju przyszłej Europy.

A przecież jednym z pierwszych zadań po ewentualnym wejściu dziesięciu kandydatów będzie określenie przyszłości poszerzonej Unii. Czy pozostanie ona - tak jak teraz - socjalistycznym i niedemokratycznym tworem elit, rozsadzanym od wewnątrz przez narodowe interesy, czy będzie rzeczywistą wspólnotą trzystu milionów mieszkańców kontynentu.

Kolejne dziedziny życia padają pod naporem nowoczesnych technologii. Handel, bankowość, media, edukacja powoli przenoszą się do przestrzeni wirtualnej. Najmniejsze zmiany dotknęły tego, co jest spoiwem społeczeństw Zachodu: demokracji przedstawicielskiej. Przypomnę, że u jej podstaw tkwią trzy zasadnicze założenia. Pierwsze, że łatwiej jest przeprowadzić debatę i głosowanie, gdy głosuje nieduża liczba osób. Drugie, że przedstawiciele ci muszą się spotkać w jednym miejscu i czasie, odrywając się od codziennych obowiązków. Trzecie, że lud wybierze spośród siebie tych najmądrzejszych i z największą zdolnością przekonywania. "Pojedźcież no, Macieju, do stolicy, by tam w zgromadzeniu wziąć udział, boście człek umny i mowa u was wartka. Powiedzcież im tam, co my tu, drwale z Podlesia, sądzim o ważnych sprawach. My tu o waszych bliskich zadbamy, a mądrze wybierzcie i wracajcie szybko, bo zima za pasem" - tak pewnie mniej więcej kształtowała się demokracja w krajach, gdzie budowano ją "od dołu".

Żadne z tych trzech fundamentalnych założeń nie jest już spełnione - ani w Polsce, ani w Unii Europejskiej. Dawno przestało być prawdziwe stwierdzenie o tym, że reprezentanci narodu to ci szczególnie mądrzy i głosują tak jak "lud" im kazał. O ich kwalifikacjach intelektualnych można się przekonać, włączając telewizor; zapewniam, że to nie tylko polska specyfika. O głosowaniu w danej sprawie decydują już od dawna partyjni liderzy, a nie sumienie deputowanego i jego zobowiązania wobec wyborców. Przede wszystkim jednak dzięki informatyce dysponujemy środkami technicznymi, dzięki którym wcale nie trzeba podróżować do miejsca głosowania, a zliczenie kilkuset milionów głosów nie jest bardziej skomplikowane niż kilkuset.

Doskonale potrafię sobie wyobrazić, że mieszkańcy Europy głosują codziennie nad kilkoma sprawami: na co przeznaczyć milion złotych z budżetu gminy, czy przywrócić obowiązkową matematykę na maturze, jakie mechanizmy antykorupcyjne wprowadzić. Robiliby to na terminalu płatniczym, w budce lotto podczas kupowania losu, pilotem od telewizora cyfrowego, w Internecie, wysyłając SMS, dzwoniąc pod 0800 i przyciskając odpowiednią kombinację klawiszy itd. Jedyne, co trzeba by zapewnić, to rozsądnie rozłożony czas takiego głosowania oraz bezpieczeństwo i anonimowość. Być może warto byłoby pozostawić coś na kształt Senatu, czyli izby mędrców o uznanym autorytecie.

Ustrojowy zwrot w kierunku elektronicznej demokracji bezpośredniej wydaje mi się raczej nieunikniony, pytanie brzmi tylko, czy społeczeństwa Europy zdążą zrobić go w porę czy poniewczasie. W przeciwnym razie czeka nas dalsze oderwanie tzw. elit od realnego życia, rozkwit partyjniactwa, narastające zniechęcenie do spraw publicznych wśród zwykłych ludzi, zanikająca frekwencja wyborcza itd. Technologicznie taka zmiana jest możliwa w zasadzie już dzisiaj.

Może więc w Unii Europejskiej, wersja 2.0, antagonistami będą nie rolnicy i pracownicy, a polityka i informatyka?


TOP 200