U siebie na wakacjach (2)

W poprzednim odcinku, tzn. felietonie, obiecałem opis perypetii z informatyką w tle. Oto one.

W poprzednim odcinku, tzn. felietonie, obiecałem opis perypetii z informatyką w tle. Oto one.

Stosując się do - jak to się mądrze nazywa - zasady dywersyfikacji ryzyka, mam rachunki w kilku bankach, co - niestety - utrudnia nieco gospodarowanie oszczędnościami. Poza tym mam zwyczaj zakładać okresowo rachunki w nowych bankach, aby osobiście się przekonać, jak to działa.

W jednym z banków działało aż nadto dobrze. Zawsze grzecznie, zawsze sprawnie, zawsze pewnie - by parafrazować reklamę z całkiem innej dziedziny. Do czasu, gdy postanowiono połączyć go z innym, integrując ich systemy informatyczne.

Zapowiedź weekendowej przerwy na operację połączenia przyjąłem spokojnie. Pierwsze niepokojące wieści od znajomych dotarły do mnie w środku tygodnia. Odniosłem się do nich lekko sceptycznie. Ot, trafiła im się jakaś chwilowa niesprawność i potraktowali ją jako skutek niezupełnie udanej integracji.

Ale w ponad tydzień po planowanej integracji widzę na własne oczy: w jednym oddziale bankomaty nie działają w ogóle, w drugim - jeden nie działa, a drugi bierze co prawda kartę, żąda podania kodu PIN, długo myśli i zwraca kartę z informacją, że niczego więcej zrobić nie może.

Proszę o realizację stałego zlecenia. Nie zazdroszczę dziewczynie z obsługi, która dwoi się i troi przepraszając klientów psioczących przy bankomatach, a mnie doradza, abym - wyjątkowo - poszedł zapłacić gotówką na poczcie albo w innym banku. A skąd mam wziąć gotówkę, skoro bankomaty nie działają?

Wszystko to powoduje, że ex post rośnie moje uznanie dla firm i kolegów, którzy w ubiegłym roku podobną operację (wraz z częściową wymianą sprzętu) przeprowadzili w ciągu jednego weekendu, tak że w poniedziałek wszystko działało poprawnie...

Nie chcąc wdawać się w analizę, bo nie znam szczegółów, sądzę, że mamy tu do czynienia z klasycznym błędem. Polega on na braku wyznaczenia i skrupulatnego przestrzegania zasady "godziny prawdy": jeżeli do takiego to a takiego momentu nowy system nie działa poprawnie, bez względu na wszystko wracamy do starego. To jest jednak możliwe tylko wtedy, gdy zostanie wcześniej przewidziane.

W następnym banku stoję pół godziny w kolejce po to, by przez dwie minuty, w trakcie załatwiania mojej sprawy, siedzieć. Swoją drogą - śmiesznie musiałaby wyglądać kolejka co chwilę przesuwająca się o krzesełko...

Gdy na pół godziny przed zamknięciem trafiam do Wydziału Komunikacji, nie ma tam już wielogodzinnej kolejki do rejestracji pojazdów, jaka stała tam każdego dnia niezmiennie od lat. Okazuje się, że prawa jazdy jeszcze zmieniać nie muszę, ale skoro już tam jestem, to dlaczego nie. Jedną z koniecznych czynności jest dokonanie opłaty. W małym oddziale (kiosku?) bankowym w holu taka kolejka, że przed zamknięciem nie zdążę. Obok jest duży oddział innego banku. Wchodzę. Na dużej sali dwóch, może trzech klientów. Podchodzę do informatora - czy mogę to tu opłacić? Tak, ale trzeba przepisać cały formularz. I zapłacić 6 zł. Ton odpowiedzi nie zostawia wątpliwości, że nie jestem tu mile widziany. A dodatkowo - dopiero co przecież pracowicie wypełniałem cztery odcinki formularza. Podchodzę do kasy. - Dlaczego mam to przepisywać? - Bo system informatyczny inaczej nie przyjmie.

Zrezygnowałem, bo właśnie skończyła się pora urzędowania. Idę do biura paszportowego. Tam pracują dziś do szóstej. Tu już nikt nie narzeka na system informatyczny. Kolejny kiosk bankowy w holu i trzy czwarte godziny w kolejce. - Do odbioru też będzie pan musiał swoje odstać, pociesza mnie na odchodnym pani z okienka.

Szczerze podziwiam naszych urzędników: mimo tylu przeszkód ze strony informatyki, banki i urzędy jakoś przecież działają.