U siebie na wakacjach (1)

Pracując od ponad pół roku na - jak to wielu z nas określa - wygnaniu, czyli poza Poznaniem, z nie ukrywanym zadowoleniem przyjąłem możliwość spędzenia całego tzw. długiego weekendu w domu, tym bardziej że taki tryb pracy powoduje po jakimś czasie, iż człowiek nie czuje się u siebie ani tu, ani tam. Ot, taki bezprizornyj.

Pracując od ponad pół roku na - jak to wielu z nas określa - wygnaniu, czyli poza Poznaniem, z nie ukrywanym zadowoleniem przyjąłem możliwość spędzenia całego tzw. długiego weekendu w domu, tym bardziej że taki tryb pracy powoduje po jakimś czasie, iż człowiek nie czuje się u siebie ani tu, ani tam. Ot, taki bezprizornyj.

Już pierwsze trzy dni pobytu w domu dostarczyły mi wrażeń, na opisanie których potrzeba by objętości ze dwóch felietonów, a dobry reżyser rozciągnąłby to na serial w kilkunastu odcinkach. Z jednej strony są one wynikiem koncentracji spraw, jakie ma się do załatwienia u siebie, a które wymagają działania w tzw. godzinach urzędowych. Z drugiej jednak, wszystkie one w jakiś sposób dotyczą informatyki.

Po pierwsze więc - ze względu na pracę nie byłem w tym roku ani na targach Komputer Expo w stolicy, ani na Infosystemie w Poznaniu. Przedtem byłem na wszystkich. Wracając jednak, w piątek, 27 kwietnia, do domu, liczyłem na to, że być może Infosystem trwa jeszcze do soboty. W domu rozpieczętowałem czekający na mnie numer Computerworld, z którego wypadła składanka-informator właśnie o Infosystemie. Daremnie jednak szukałem w niej daty rozpoczęcia i końca imprezy...

Przypomniało mi to coraz liczniejsze strony internetowe różnych firm (zarówno krajowych, jak i zagranicznych), które zapominają, że poza adresem elektronicznym czasem potrzebny jednak jest adres pocztowy, numer telefonu i faksu.

Tak czy inaczej - nie żałuję specjalnie żadnej z tych imprez, gdyż od ładnych kilku lat i tak najbardziej interesujące są tam towarzyszące seminaria i konferencje. Gdy pominąć kurtuazyjne wizyty na stoiskach zaprzyjaźnionych firm, resztę można sobie bez straty darować.

Macierzyste pismo naraziło mi się drugi raz, gdy w poniedziałek dostałem kolejny jego numer (który zazwyczaj widzę dopiero w piątek). Nie wiem dlaczego zmieniono jedno z ważniejszych zdań w moim felietonie, co w znacznym stopniu odebrało mu sens. Napisałem był tam, że w szkołach większych trudności nie sprawiały mi ani przedmioty ścisłe, ani zaliczane do humanistycznych. Z wprowadzonej zmiany wynikło coś dokładnie odwrotnego, a z dalszego tekstu można się domyślać, że zaliczam się jednak do "ścisłych", podczas gdy w moim przekonaniu jest remis, ze wskazaniem na... humanistykę.

Poniedziałek rozpocząłem od wizyty w lokalnym urzędzie skarbowym, gdzie bez czekania (mimo że był to ostatni dzień) złożyłem swe rozliczenie. Przedtem jednak musiałem rozstrzygnąć dylemat przypominający sprawę "amazońskiej ulgi" jednego z kolegów felietonistów. Chodziło o to, czy opłacony osobiście udział w zagranicznej konferencji fachowej mogę potraktować jako "wydatek na odpłatne dokształcanie i doskonalenie zawodowe podatnika" (formularz PIT-O, dział C.2, punkt 5). Okazuje się, że poprzez udział w konferencjach niczego nauczyć się nie można, a w ogóle zagraniczny rachunek jest podejrzany (mimo że zawiera tamtejszy VAT), bo opłata mogła obejmować jakieś posiłki, a to już nie jest nauka. O koszty przejazdu i hotelu (na co mam bilety i rachunki) już nawet nie pytałem...

Ponieważ ostatecznie miałem jednak co nieco do dopłacenia, musiałem udać się do banku. Chciałem też, przy okazji, złożyć wniosek o wymianę paszportu, którego ważność wkrótce upłynie, i dowiedzieć się, czy muszę już wymienić prawo jazdy.

Wszystkie powyższe działania to, wydawałoby się, proste formalności. Łączy je w jakiś sposób to, że mają w tle informatykę. Okazuje się jednak, że wszędzie tam odgrywa ona rolę zaledwie pomocniczą, gdy działa, i staje się zmorą, gdy działać przestaje. O tym jednak w następnym odcinku, to jest, przepraszam, felietonie.


TOP 200