Tyranozaur Moore'a

Zarośla poruszają się, szeleszcząc niespokojnie. Po krótkiej chwili wysuwa się z nich potężna głowa. Ogromny prehistoryczny gad, tyranozaur, głęboko wciąga powietrze, przez chwilę lustruje okolicę, a potem wychodzi z lasu. Potężne cielsko przesuwa się przed naszymi oczami - wielka głowa, krępa szyja, ogromny tułów i długi, balansujący w powietrzu ogon. Idzie, kołysząc się lekko z boku na bok, a jego ogromne ślepia patrzą wprost na mnie.

Zarośla poruszają się, szeleszcząc niespokojnie. Po krótkiej chwili wysuwa się z nich potężna głowa. Ogromny prehistoryczny gad, tyranozaur, głęboko wciąga powietrze, przez chwilę lustruje okolicę, a potem wychodzi z lasu. Potężne cielsko przesuwa się przed naszymi oczami - wielka głowa, krępa szyja, ogromny tułów i długi, balansujący w powietrzu ogon. Idzie, kołysząc się lekko z boku na bok, a jego ogromne ślepia patrzą wprost na mnie.

Po chwili oszołomienia ogromem tyranozaura, zaczynam spostrzegać drobne subtelności. Wyraźnie widać, że gad jest doskonale symetryczny - rzecz w przyrodzie niespotykana. Trawy, po których idzie, nie falują w takt jego kroków, choć powinny. Cień stwora, przesuwający się obok niego, jest zbyt ostry, a tymczasem rozproszone światło dzienne daje lekki półcień o niewyraźnych brzegach. Po pierwszych sekundach zachwytu, przychodzi krytyczne spojrzenie. Z widza zamieniam się w informatyka: "Napracowali się chłopaki" - myślę sobie ze złośliwą satysfakcją - "ale jeszcze muszą trochę dociągnąć szczegóły".

Takie to wrażenia towarzyszyły mi, gdy oglądałem drugą część Parku Jurajskiego - film Stevena Spielberga pt. Zagubiony świat. Na filmy tego typu patrzę - i sądzę, że jest to przypadłość powszechna wśród czytelników Computerworld - z punktu widzenia nieco innego niż przeciętny widz kinowy. Skupiam się na obrazie, a konkretnie na tej jego części, o której wiem, że jest wygenerowana komputerowo. Nawiasem mówiąc, w takich filmach fabuła jest najczęściej drugorzędna, niewiele więc tracę, ignorując ją.

Wyraźnie widać oszałamiający postęp w tej dziedzinie. O ile pierwsze filmy z "wirtualnymi aktorami", takie jak Robocop czy Terminator, raziły sztucznością animowanych scen (czy ktoś pamięta, jak niemrawo poruszał się robot powstały po całopaleniu Arnolda Schwarzeneggera w tym drugim filmie?), o tyle dziś jest zupełnie inaczej. Kultowy film cyberkultury - Matrix - jest animowany perfekcyjnie. Realizm scen opracowanych komputerowo jest tak doskonały, że naprawdę nie sposób odróżnić w kinie tego, co realne, od tego, co wirtualne.

A wszystko to dzieje się dzięki nieprzerwanie obowiązującemu prawu Moore'a. W postaci, w której je pamiętam ("moc obliczeniowa dostępna za tę samą cenę podwaja się po osiemnastu miesiącach"), ma ono wymiar skrajnie technologiczny. Nie mówi w ogóle o kinie ani o wyobraźni, a jednak ma konsekwencje dla tych dziedzin. Już zmieniło sposób robienia efektów specjalnych i dekoracji w filmach. Może jutro zmieni sposób narracji? A pojutrze - kto wie - aktorów zastąpią wirtualne boty, tak realne, jak Clark Gable i Greta Garbo?

Zanim jednak informatycy ożywią Marylin Monroe, żeby w duecie z Moniką Lewinski (rzeczywistą) znowu zaśpiewała Happy birthday, Mr. President, myślę sobie, że choćby prawo Moore'a obowiązywało jeszcze przez lat dwadzieścia, to i tak nie zastąpi ono staranności i uwagi. A oto dowód - proszę, przełączywszy kiedyś na stację TVN, uważnie obserwować kilkusekundową animację, oddzielającą blok reklamowy od programu. Przesuwa się tam wahadło z logo stacji. Długo myślałem, co nie pasuje mi w tym obrazku, aż wreszcie wymyśliłem. Otóż żadne wahadło nie ma stałej prędkości liniowej podczas ruchu. Żeby to wiedzieć, nie trzeba czytać równań ruchu ani pisać zaawansowanych programów graficznych na maszyny Silicon Graphics. Wystarczy tak niskotechnologiczna czynność, jak pohuśtanie przed oczami wisiorkiem na łańcuszku albo kluczem na tasiemce.

Aha, tylko proszę uważać, żeby się nie zahipnotyzować przy okazji!


TOP 200