Tworzenie i niszczenie

Całkiem niedawno usuwaliśmy sporo niepotrzebnych już dokumentów. Niewielka ich część trafiła do archiwów, reszta poszła na przemiał. Dokonując selekcji takich papierów, nie sposób zatrzymać się nad każdą z tysięcy kartek, jednak ogólna z tego refleksja jest taka, że najpierw ileś tam osób biedzi się, by starannie i dokładnie takie dokumenty sporządzić, czytać i chronić, a potem ktoś inny decyduje, że wszystko to nie ma już większego znaczenia.

Całkiem niedawno usuwaliśmy sporo niepotrzebnych już dokumentów. Niewielka ich część trafiła do archiwów, reszta poszła na przemiał. Dokonując selekcji takich papierów, nie sposób zatrzymać się nad każdą z tysięcy kartek, jednak ogólna z tego refleksja jest taka, że najpierw ileś tam osób biedzi się, by starannie i dokładnie takie dokumenty sporządzić, czytać i chronić, a potem ktoś inny decyduje, że wszystko to nie ma już większego znaczenia.

Ale - z jednej strony niby to wszystko jest już bez znaczenia, ale jakąś tam wartość mieć musi, skoro nie trafia od razu na makulaturę, lecz płacimy specjalistycznej firmie za staranne tego niszczenie. I tak pierwsza staranność - ta przy sporządzaniu, spotyka się z tą drugą - przy niszczeniu. A jednocześnie musi pojawić się pytanie - jaki stopień zniszczenia jest wystarczający, aby to, co niszczono, można było uznać za naprawdę zniszczone.

Pierwszą maszynę do niszczenia dokumentów kupiliśmy w połowie lat 70. i było to bodaj jedyne tego typu urządzenie w całych wielkich Zakładach. Mimo tego raczej niewiele miała ona zajęcia, z wyjątkiem próbnych oraz nieudanych list płac oraz dni tuż przed Wielkanocą, kiedy to w kolejce do niej stali ludzie z arkuszami czystego, nowiutkiego, kupionego w sklepach, jasnozielonego papieru, który namiętnie cięli na paseczki mające imitować źdźbła siana, na wielkanocne gniazdka ze słodyczami dla swych pociech.

Potem mieliśmy kupić oglądaną na targach dużą maszynę, ale nie kupiliśmy, bo ta koniec końców okazała się za droga. A potrafiła naprawdę dużo, bo papier cięła nie tylko na paski, ale przecinała je jeszcze w poprzek, po czym wdmuchiwała tak powstałe ścinki papieru do dużego metalowego pojemnika, co miało jeszcze bardziej utrudnić ich złożenie w pierwotną postać. Na koniec maszyna owa hydraulicznie prasowała zawartość pojemnika, obciągając jeszcze powstałą w ten sposób kostkę folią i taśmami wzmacniającymi.

Zadziwiająco małą wagę przykładano jednak wtedy do tego, co znajdowało się na nośnikach magnetycznych. Zdecydowanie bardziej troszczono się o to, by zawartość tych nośników dawała się odczytać po jakimś czasie, niż o to, co się dzieje z nośnikami już zbytecznymi.

Istniały jednak i wówczas urządzenia, które wytwarzając silne, zmienne pole magnetyczne potrafiły kasować błyskawicznie i w całości zawartość włożonego doń nośnika. Dlatego też dziwi mnie obecne przedstawianie w kontekście sensacji kolejnej już wersji urządzenia tego typu jednej z firm japońskich jako nowości w walce z tymi, którzy zajmują się odczytywaniem usuniętych już danych (niezależnie od tego, czy czynią to w celach szlachetnych czy niecnych).

W rzeczywistości jest to jedno z wielu dostępnych i produkowanych od dawna urządzeń tego rodzaju. Są też, obok nich, np. niszczarki do płyt CD/DVD: jedne z nich kruszą tylko płytę na kawałki, inne, droższe, zamieniają ją w pył, na dowód dokonanej destrukcji zostawiając jednak wewnętrzny krążek, na którym nie zapisuje się danych. Wspomniane zaś urządzenie japońskie kasuje od razu zawartość całych dysków, dodatkowo czyniąc je nieprzydatnymi do ponownego użytku.

Są jednak i środki bardziej jeszcze radykalne: kiedyś, na jakiejś konferencji, przedstawiciel bardzo dużego banku szwajcarskiego chwalił się, że mają oni u siebie mały, ale ważny warsztat mechaniczny. Były tam tylko dwie maszyny - czterowrzecionowa wiertarka, którą traktowano tam wstępnie każdy zbyteczny dysk, sprawny czy nie, i prasa hydrauliczna, która dokonywała reszty dzieła zniszczenia. Trzeba jednak przyznać, że było to w czasach, gdy nie było USB, a komputer przenośny miał nie każdy nawet prezes.


TOP 200