Turbinka Kowalskiego

Co jakiś czas wracają pomysły, jakby tu jeździć samochodem, spalając mniej niż dotąd benzyny. W latach 80. wszystkich fascynowało urządzenie, od nazwiska twórcy nazwane "turbinką Kowalskiego". Twierdzono, że pozwalało mu ono jeździć polonezem przy znacząco mniejszym od przeciętnego zużyciu paliwa.

Co jakiś czas wracają pomysły, jakby tu jeździć samochodem, spalając mniej niż dotąd benzyny. W latach 80. wszystkich fascynowało urządzenie, od nazwiska twórcy nazwane "turbinką Kowalskiego". Twierdzono, że pozwalało mu ono jeździć polonezem przy znacząco mniejszym od przeciętnego zużyciu paliwa.

Obecnie - jak podało niedawno radio - znów mamy coś podobnego, tym razem rodem z USA. W tej samej audycji rzeczoznawca, który przeprowadził stosowne badania, stwierdził, że urządzenie to przede wszystkim nie szkodzi silnikowi, a jeżeli coś poprawia, to wyłącznie samopoczucie właściciela.

W tym miejscu mógłbym twierdzić, że prekursorem tych działań był kiedyś mój Dziadek, który od czasu gdy po Pierwszej Wojnie wrócił z Niemiec z dyplomem mistrzowskim mechanika samochodowego, przez całe życie znęcał się nad gaźnikami w tym samym celu. Po pierwszych przedwojennych sukcesach w tym zakresie wydawało mu się, że potrafi dokonać czegoś, na co nie mogą wpaść laboratoria firmowe o milionowych budżetach.

Podobnie było z komputerami. W połowie lat 70., kierując zespołem odpowiedzialnym za eksploatację i system operacyjny dużego (wówczas) komputera, dostawałem do rozwiązania różne dziwne problemy. Odbywało się to na zasadzie, że przyczyną każdego problemu i tak w końcu jest system operacyjny.

Pewnego razu pojawił się problem aplikacji, która dokonując prostej aktualizacji pliku dyskowego, spędzała na tej czynności blisko godzinę, obsługując w tym czasie zaledwie kilkanaście tysięcy zapisów. Przeniesienie do pamięci operacyjnej całego indeksu cylindrów dysku (nawet nie całego indeksu, lecz tylko wartości największego klucza w każdym cylindrze) skróciło bieg programu kilkadziesiąt razy.

Sukces ten zachęcił nas do innych tego typu usprawnień, czego wynikiem było coś, co kilkanaście lat później nazwano dysków. Opis różnych, wymyślanych przez nas metod, jak to wówczas określano "optymalizacji dostępu do pamięci dyskowej", trafił nawet do większego opracowania na ten temat. Był to odpowiednik tego, co Dziadkowi udawało się z gaźnikami przed wojną.

Dziś takie działania nie bardzo miałyby sens i łatwiej byłoby tą drogą coś zepsuć, niż usprawnić. Nie zmienia to faktu, że pewne parametry określające sposób działania komputera (a ściślej - jego systemu operacyjnego) mają istotny wpływ na jego sprawność. Chociaż nadal znaczące efekty najczęściej uzyskuje się tylko poprzez prymitywne (i kosztowne) zwiększanie pojemności pamięci (operacyjnej i dyskowej) i dokładanie kolejnych procesorów. Wszystko to jednak ma granice i poza nimi niezmiernie trudno o rewelacyjne skoki wydajności. Szczególnie gdy na komputerze równolegle realizuje się wiele zadań o różnym charakterze, a polepszenie sprawności jednego z nich uzyskuje się kosztem kilku innych. Nie oznacza to, że brakuje chętnych do mniej lub bardziej domorosłych usprawnień, szczególnie gdy sytuacja jest krytyczna, a na większy komputer brak pieniędzy lub w danej rodzinie większego po prostu nie ma.

Bo z komputerami jest tak jak z turbinką Kowalskiego. Uważni telewidzowie zauważyli, z jaką łatwością tenże pan Kowalski jedną ręką popychał w garażu swojego poloneza, demonstrując go ekipie telewizyjnej. Wierzę, że jego samochód palił mniej od takich samych innych. Łożyska kół w dobrym stanie, klocki hamulcowe nie ocierające się stale o tarcze, poprawne ustawienie zbieżności i właściwe ciśnienie w oponach - wszystko to zna- cząco zmniejszało opory toczenia, a więc i zużycie paliwa. A turbinka w tym przecież nie przeszkadzała.


TOP 200