Trzy siódemki

Mimo że piszę ten tekst w sobotę 7 lipca 2007, nie mam żadnych, ale to absolutnie żadnych skojarzeń z tą datą. I nawet nie dlatego, że trzecia z tych siódemek jest bardzo naciągana przez odjęcie od niej całych dwóch tysięcy.

Mimo że piszę ten tekst w sobotę 7 lipca 2007, nie mam żadnych, ale to absolutnie żadnych skojarzeń z tą datą. I nawet nie dlatego, że trzecia z tych siódemek jest bardzo naciągana przez odjęcie od niej całych dwóch tysięcy.

Nie wierzę, po prostu, w żadne koincydencje układów gwiazd z naszymi losami, czy też związki tych ostatnich z liczbami (nawet gdyby te trzy siódemki zsumować i dostać w wyniku liczbę uważaną przez niektórych za szczególnie szczęśliwą).

Dzień ten, natomiast, z pewnością nie może dobrze kojarzyć się Brytyjczykom, ale - jak zawodzą oni w pieśni "Rule Britannia", uchodzącej za ich drugi hymn narodowy: "Britons ne-e-e-e-ever will be slaves".

No i dowiedli tego po raz kolejny, nie poddając się fali terroru i nie odwołując żadnej z imprez masowych, które przypadły u nich akurat na ten czas. A przecież każda z nich mogłaby być następną okazją do ataku o tak bardzo pożądanych przez terrorystów, tragicznych skutkach: otwarcie Parlamentu Szkockiego z udziałem królowej, dwa koncerty na Wembley (Diana Concert i Live Earth, ten pierwszy z udziałem następcy tronu i jego brata), turniej tenisowy w Wimbledonie, wyścigi Formuły 1 i start wyścigu kolarskiego Tour de France.

Na dodatek, wszystko to przypadło w okresie zmiany rządu, która przebiegła gładko, a ustępujący premier dostał w parlamencie owację na stojąco - uwaga Rodacy! - od wszystkich posłów. Czy coś podobnego byłoby do pomyślenia np. u nas?

U nas, gdzie brutalny i agresywny styl uprawiania polityki zdaje się już przenikać do codziennych zwyczajów. Schemat tego, zapoczątkowany kiedyś przez jednego z ministrów, jest taki: jeżeli ktoś ma zastrzeżenia do naszych poglądów, zamiast podejmować z nim polemikę, robimy z niego ignoranta, jak to rzeczony minister uczynił ze swymi niedawnymi jeszcze profesorami. Kolega ministra dorzuca coś o jakichś wykształciuchach, osobnikach mało godnych akademickich stanowisk i zaszczytów, których (w domyśle) nie wiadomo jak i za co dostąpili. Potem, ciągle zamiast podjęcia rzeczowej dyskusji, dorzuci się jeszcze jakiś fragment życiorysu (może być i zawodowego), a jak tego nie starczy - sięgnie jeszcze po jakąś teczkę z wiadomej kolekcji.

Wszystko to ma sprowadzić adwersarza na kolana i zmusić do tłumaczenia się, dlaczego w ogóle odważył się mieć zastrzeżenia do artysty, bo skoro sam nigdy przed publicznością nie śpiewał, więc o śpiewie wypowiadać się nie powinien.

Jak dotąd, niezbyt mnie te swoiste zawody interesowały, ale gdy dotyczy to już i naszej branży (chociaż - jak dotąd - szczęśliwie bez kontekstu politycznego), trudno o tym nie wspomnieć, szczególnie że w tzw. otoczeniu nikogo to jakoś nie razi i zdaje się ono już przyjmować to za normę.

U wspomnianych Brytyjczyków, na kilka dni przed wyścigami Formuły 1 na torze-lotnisku w Silverstone, wybuchła jeszcze afera, gdzie jedna scuderia (włoskie: stajnia, wymowa: skuderija) rzekomo szpiegowała drugą. Do tych to oskarżeń szybko dołączyły dwie następne i dużo nie brakowało, a wszyscy oskarżaliby o to samo wszystkich.

A ma to też odpowiednik w naszej branży, gdzie właśnie jedna, mająca się za bardzo wielką firma oskarżyła firmę-córkę innej (która wcale nie uważa się za mniejszą) o systematyczne wykradanie kodu źródłowego. W obu przypadkach obwiniani przyznają, że w posiadanie jakiejś tam dokumentacji technicznej (Formuła 1) i kodu (informatyka) weszli, ale w przystępie szlachetności nie zrobili z tego żadnego użytku.

Nie lubię czepiać się nazw, ale nazwa dopiero co wspomnianej firmy-córki wydaje się dobrym podsumowaniem dla wszystkiego, co udało się poruszyć w tym felietonie. Firma ta nazywa się TomorrowNow.


TOP 200