Trzy grosze informatyka

Jadę samochodem i słucham w radiu informacji o pewnym wydarzeniu, związanym z wprowadzanymi właśnie reformami. Reformy te są dość liczne i wszystkie mają pewną cechę wspólną. Otóż, wymagają wsparcia informatycznego.

Jadę samochodem i słucham w radiu informacji o pewnym wydarzeniu, związanym z wprowadzanymi właśnie reformami. Reformy te są dość liczne i wszystkie mają pewną cechę wspólną. Otóż, wymagają wsparcia informatycznego.

Kilka innych cech też mają wspólnych, ale są one mniej zaszczytne (nie piszmy o nich w tym miejscu) niż potrzeba skorzystania z rozwiązań oferowanych przez technologię informatyczną. Prezenter radiowy informował obywateli o tym właśnie, że w sprawach zupełnie nie związanych z techniką, a z ochroną zdrowia wypowiedział się informatyk. I jeszcze na dodatek głos jego brzmiał jak pouczenie. Nie muszę dodawać, że prezenter był zdegustowany faktem, że informatyk miał coś do powiedzenia w sprawach nie należących do jego dziedziny. Nad sensem wypowiedzi i jej trafnością się nie zastanawiał. Podsumował wydarzenie następująco: "Bo teraz, niestety, nastały takie czasy, w których informatycy muszą do wszystkiego wtrącić swoje trzy grosze". Mnie olśniło!

Od tylu lat - tak, tak na lata już trzeba liczyć naszą publicystykę w tej sprawie - uparcie namawiamy informatyków, aby uczyli się dziedzin, w których pracują stworzone przez nich systemy, żeby starali się zrozumieć użytkowników komputerów w działach księgowości, produkcji i ochrony środowiska, by nie zasklepiali się w swoim inżynierskim środowisku i służyli radą również menedże- rom biznesowym. Przekonujemy ich, że ich wiedza i rady są wartościowe i oczekiwane. Zachęcamy, aby włączali się do budowania strategii biznesowych w przedsiębiorstwach, bankach i innych instytucjach komercyjnych, bo dysponują narzędziem, które ten biznes może pchnąć na nowe tory, a przynajmniej znacząco usprawnić. A przykładów do naśladowania zgromadziliśmy w kolejnych numerach Computerworlda i raportów tyle, że niejeden podręcznik albo i pracę naukową można by na ich podstawie napisać.

Jednego nie wzięliśmy pod uwagę. Że adresaci dobrych rad informatyków - tych przekonanych przez nas do ich udzielania - mogą potraktować je jako nieuprawnioną ingerencję. Że zaangażowanie informatyków w sprawy całej firmy może zostać odebrane jako nachalne wtrącanie się w cudze sprawy. Że pomoc oferowana w najlepszej wierze może być zinterpretowana jako wywyższanie się.

Nie mam wątpliwości, że rola informatyków nie ogranicza się do nadzorowania maszyn. Ich zadaniem jest nauczenie ludzi - decydentów, menedżerów, szeregowych pracowników - jak najmądrzej użyć tych narzędzi do ułatwiania sobie pracy i podnoszenia efektywności biznesu czy innych działań. Od czego jednak zależy, czy informatyków będzie się ceniło i szanowało za wywiązywanie się z tego zadania, czy też podglądało w trakcie pracy podejrzliwie i bez sympatii? Od wiedzy i postawy samych informatyków czy od kompetencji i dojrzałości ich partnerów wszelakich specjalności? A może od profesjonalizmu moich kolegów dziennikarzy w najpopularniejszych mediach?


TOP 200