Trwa poszukiwanie

Będąc użytkownikiem starszych wersji systemu Windows, ciągle mam przywilej wyboru pomiędzy aktualizacjami automatycznymi a ręcznymi. Jako osoba lubiąca mieć kontrolę nad przebiegiem zdarzeń wybieram oczywiście ten drugi sposób. Wiadomo, aktualizacja nie zając, nie ucieknie.

Najbardziej w automatycznych aktualizacjach denerwowało mnie to, że bywałem zaskakiwany. System mordował się z tym zadaniem w najmniej spodziewanych okolicznościach, czyli wtedy, gdy była niezbędna pełna jego moc, albo gdy chciało się go wyłączyć.

Czy nie obawiam się, że system pozostawiony przez kilka tygodni bez najświeższych łat stanie się ofiarą włamania? Jak pokazuje stan w czerwcu tego roku, ostatnie aktualizacje udało mi się przeprowadzić rok temu, potem już nie stało cierpliwości. Nie to, że byłem niestaranny i zaniedbałem. Od jakiegoś czasu zauważyłem problemy z przeprowadzaniem aktualizacji w sposób ręczny. Otóż system tkwił w stanie wyszukiwania aktualizacji przez kilka godzin bez efektu. Zawsze więc, zniecierpliwiony tym faktem, w końcu go wyłączałem, starając się nie pozostawiać na noc pracującego sprzętu. Sytuacja ta, trwająca od wielu miesięcy, była na tyle odmienna od wcześniejszych zachowań, że zacząłem podejrzewać uszkodzenie oprogramowania.

Zobacz również:

Internet pełny jest porad na ten temat. Okazuje się, że „szczęśliwców” mojego pokroju jest całkiem sporo. Po zastosowaniu więc licznych wskazówek mających na celu wyeliminowanie problemu, autorytatywnie stwierdzam, że problem nie leży tutaj. Żadne tam usuwanie folderu „Software distribution” (tym bardziej że jest on automatycznie odtworzony przy uruchomieniu aktualizacji) czy inne cudowne zabiegi. Daleki jestem od snucia i wspierania teorii spiskowych, ale sprawa, wydaje się, nabrała swego biegu wraz z pojawieniem się dziesiątki. Wydaje się, że użytkownicy starszych systemów są traktowani jak klienci gorszego sortu. Ja już sam nie wiem, kto w tym macza palce, ale zbyt dużo tu zbieżności.

Dla pocieszenia, o ile takie jest w tej sytuacji możliwe, powiem, że aktualizacje przechodzą, i to z powodzeniem. To nie żadne uszkodzenia naszego systemu, to prostu tak się obecnie przedstawia. Dla przykładu, Windows 7, którego aktualizację uruchomiłem o ósmej rano, „już” 12 godzin później wyszukał, co ma pobrać, a o północy było po robocie. Vista, którego aktualizacja rozpoczęła się o tej samej porze, był gotowy do pobierania o północy, a następnego dnia rano było wszystko gotowe. Tak więc można, jeżeli ma się cierpliwość. Jeśli jedna doba nie wystarcza, zostaw na następną. Jeżeli denerwuje cię długość ślimaczenia się tego procesu czy rachunki za prąd z tytułu ciągle pracujących komputerów, które normalnie powinny w tym czasie odpoczywać, zainstaluj sobie Linuksa.


TOP 200