Trę trotuar, czyli IBM na chodniku

Nikt z Czytelników zapewne mi nie uwierzy, ale IBM znalazł się na ulicy. Dosłownie, na chodniku. Łącznie z przykrą koniecznością posprzątania po sobie, jak jakiś bezdomny włóczęga. Takie to już widać czasy, że ideał sięgnął bruku. A odbyło się to jak w złym dowcipie.

Nikt z Czytelników zapewne mi nie uwierzy, ale IBM znalazł się na ulicy. Dosłownie, na chodniku. Łącznie z przykrą koniecznością posprzątania po sobie, jak jakiś bezdomny włóczęga. Takie to już widać czasy, że ideał sięgnął bruku. A odbyło się to jak w złym dowcipie.

Któregoś dnia jadę sobie do pracy na hulajnodze, a tu na chodniku widzę graffiti. Jedno, obok drugie, trzecie, dziesiąte. Wszystkie takie same, zrobione z szablonu. Raczej bardzo dobrej jakości, bo bez zalewek oraz zamazanego tła, prawdopodobnie wykonane metodą tamponowania. Jestem już starym człowiekiem, więc specjalnie tym aktem twórczym się nie przejąłem - ot, młodzież musi się wyszumieć.

Uwagę moją zwróciła jednak treść obrazków. Otóż na szachownicy jak do gry w kółko i krzyżyk umieszczono w trzech rzędach takie same znaczki. W pierwszej kolumnie tzw. pacyfka. Wyjaśnienie dla młodzieży komputerowej - dawno, dawno temu dziadziowie nosili długie włosy i słuchali Beatlesów z takiego czarnego DVD. W krajach realnego kapitalizmu kupowali sobie też znaczki na łańcuszku, przedstawiające żurawia jak na logo LOT-u. Był to symbol CND (Campaign for Nuclear Disarmament, patrzhttp://www.abcme.com/peacesigncollection/peacesigncoll.html), przejęty przez protestujących przeciwko wojnie w Wietnamie. W Polsce, z braku mocy przerobowych drobnej wytwórczości, która była zajęta nielegalnym kopiowaniem wspomnianych powyżej płyt na tzw. pocztówki grające, pacyfki robiło się ze znaczka firmowego ułamanego z maski rzadko wtedy spotykanego pojazdu marki Daimler Benz.

W drugiej kolumnie nieznani sprawcy umieścili serduszko - a więc sprawa jasna, "Make love, not war" pomyślałem sobie. Tylko co u diabła robi obok uśmiechnięty pingwin?! Love Linux, not war? Zupełnie mi to do siebie nie pasowało, ale po lekcjach poglądowych sztuki ulicznej w przejściu podziemnym pod al. Szucha w Warszawie nic już nie jest mnie w stanie zadziwić. Widać młodzież z dwudziestego pierwszego wieku nie ma przeciwko czemu protestować, to i smaruje chodniki czym się da.

Tymczasem okazało się, że to nie młodzież, tylko zacny i stateczny koncern IBM przeprowadził kampanię reklamową swej najnowszej oferty, czyli serwerów pracujących pod systemem Linux. Tak jest, to Big Blue reklamuje się na chodniku i nie jest to koniec świata. Skąd wiem, że to oni? Ano z lokalnej telewizji. Mieszkam w małej miejscowości, ledwie 100 tys. mieszkańców wg ostatniego spisu ludności, ale nie lubimy, jak nam aroganci z korporacyjnej Hameryki smarują chodniki. Rada miejska szybko sprawę zbadała i odkryła, kto stał za całym zamieszaniem. Zażądała od IBM wyczyszczenia chodników, na co koncern, chcąc nie chcąc, przystał, bo w innych metropoliach kazali mu płacić za powierzchnię reklamową, a nasza w Cambridge między Uniwersytetem Harvarda a MIT nie należy do najtańszych na świecie.

Ludność miejscowa dała też odpór na własną rękę, stemplując czarne pingwiny białymi znaczkami dolara. Tak to walka o desktop w sensie dosłownym przeniosła się z komputerów na ulicę. Kto by pomyślał, że dożyjemy czasów, gdy IBM będzie sprzątał chodniki w imieniu darmowego systemu operacyjnego. Co wydarzy się jutro - Bill Gates zacznie rozdawać Windows LX bazujące na mikrokernelu Linuxa? Moja Babcia zawsze powtarzała, że najgorzej jest życzyć komuś, aby dożył ciekawych czasów...


TOP 200