Ten pierwszy raz

Podziemia poznańskiego EMPiK-u zajmuje dział poświęcony komputerom i multimediom. Na półkach stoją rzędy wydawnictw multimedialnych, książki o komputerach i informatyce oraz całe rzędy kolorowych czasopism, na ogół z CD-ROM-ami. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się wsiąknąć tam na kilkadziesiąt minut, bezwiednie przerzucając literaturę i podziwiając jakość wydawnictw multimedialnych, choć wszedłem tylko na chwilę, w konkretnym celu.

Podziemia poznańskiego EMPiK-u zajmuje dział poświęcony komputerom i multimediom. Na półkach stoją rzędy wydawnictw multimedialnych, książki o komputerach i informatyce oraz całe rzędy kolorowych czasopism, na ogół z CD-ROM-ami. Nie raz i nie dwa zdarzyło mi się wsiąknąć tam na kilkadziesiąt minut, bezwiednie przerzucając literaturę i podziwiając jakość wydawnictw multimedialnych, choć wszedłem tylko na chwilę, w konkretnym celu.

Najwierniejsi bywalcy podziemia omijają jednak te frykasy szerokim łukiem i bez zatrzymywania się zdążają do najodleglejszego kąta pomieszczenia, gdzie mieści się jaskinia gier. Ilekroć tamtędy przechodzę i słucham odgłosów wybuchów i podnieconych okrzyków nastoletnich chłopców, zastanawiam się, czy co najmniej części z nich dane będzie przeżyć z komputerami przygodę większą niż same tylko gry. Taką, jak ja sam przeżyłem i przeżywam.

Gdy po raz pierwszy pożyczyłem komputer domowy ZX Spectrum, znałem w nim tylko jedną komendę: LOAD "". Pozwalała ona wczytać pierwszy znajdujący się na taśmie program, najczęściej grę. Gier na "Spektrusia" było pod dostatkiem, dużo było też kolegów, z którymi można było je wymieniać, od tej chwili popołudnia więc miałem z głowy.

I pewnie do dziś moje zainteresowanie komputerami ograniczałoby się do zabawy, gdyby nie to, że spotkałem na swojej drodze właściwych ludzi (uczciwiej byłoby powiedzieć, iż spotkanie to zostało zaaranżowane przez mojego Ojca). Panowie Wojciech Majcherczyk i Janusz Paprota (pozdrawiam!) bezinteresownie zainwestowali swój czas w pokazanie mi, że obok komendy LOAD są jeszcze inne. I że skłonienie maszyny, aby robiła to, co każe jej program, może być frajdą nie mniejszą niż przejście następnej planszy w ulubionej grze. Cały czas jednak moje wczesne zainteresowania oscylowały wokół rozrywki - nauczyłem się Basica, żeby móc pisać własne gry, a asemblera Z80, by móc zapewnić sobie "nieśmiertelność" w tych szczególnie trudnych.

Na studiach zorientowałem się, że taka droga nie była czymś wyjątkowym, a raczej normą. Zainteresowanie grami i właściwy człowiek spotkany w pewnym momencie życia skłoniły bardzo wiele osób do zajęcia się informatyką na poważnie. Dziś zdarza mi się, rozmawiając z koleżankami i kolegami po fachu, zapytać: "A pamiętasz grę X?", a oni odpowiadają: "Jasne, że pamiętam!" i od razu czujemy, że łączy nas coś więcej niż tylko profesja, coś jakby wspólne pokoleniowe doświadczenie.

Podnoszą się głosy, płynące ze środowisk akademickich (głównie uniwersyteckich), że skojarzenie informatyka-komputery jest szkodliwe dla tej nauki. Jest w tym wiele racji, bo ludzie mylą często z komputerowcem. Sam czasami muszę świecić oczami, kiedy ludzie pytają mnie na przykład, który dopalacz do karty graficznej jest lepszy, ja odpowiadam: "Nie mam pojęcia!" i widzę po ich twarzach, że myślą sobie, iż musi być ze mnie kiepski informatyk. Ale fakt, że na studia informatyczne idzie najlepiej przygotowana młodzież, zawdzięczamy wyłącznie temu, iż komputery są fajne. A komputery są fajne, bo fajnie jest się nimi pobawić. Proponuję więc nie krzywić się na "niską" motywację młodych informatyków, ale starać się twórczo wykorzystać ich zapał.

Myślę sobie także, że mam pewien dług do spłacenia. Tak jak kiedyś ktoś bezinteresownie pomógł mi przejść drogę od gier do informatyki, tak dziś ja powinienem jakiemuś nastolatkowi pokazać, iż świat komputerów to nie tylko najnowsza wersja Quake'a. Kto wie, może będzie to jeden z tych chłopaków, których teraz widuję w podziemiach EMPiK-u.