Temat dawno nie poruszany

Temat outsourcingu usług informatycznych, poza czysto kronikarskimi wiadomościami o zawieranych umowach, od dłuższego czasu nie stanowi przedmiotu szczególnego zainteresowania prasy fachowej. Tak, jakby wszystko na ten temat dawno zostało powiedziane.

No, może z jednym wyjątkiem, gdyż u nas ciągle jest w modzie pozornie wyrafinowana, wzięta z angielskiego terminologia, więc mianem outsourcingu próbuje się określać każde zlecenie na zewnątrz czegoś, co dotąd robiło się we własnym zakresie. Bo - mimo, że w przypadku takim chodzi o zwykłe usługi, to zawsze lepiej brzmi, gdy nazwie się je outsourcingiem.

A różnica między outsourcingiem i zwykłą usługą jest nadto wyraźna: outsourcing zakłada partnerstwo stron i silny, niemal symbiotyczny, ich związek, który nie tak łatwo, jak przy usłudze, daje się rozwiązać.

W kontekście obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej na świecie, pojawiły się dość liczne opinie, że szereg firm, w dążeniu do obniżenia kosztów działania, łaskawszym okiem spojrzy na możliwość outsourcingu właśnie usług informatycznych. Według tych samych głosów, dodatkowo zachęcać do tego będzie obniżka stawek przez dostawców takich usług, która może sięgać nawet okolicy 30%.

Skądinąd zaś wiadomo, że gry i zabawy outsourcingowe dawno już doprowadziły do tego, że zyski w tej branży nie są zbyt wielkie, a ceny usług często nie są odległe od granicy opłacalności (dla dostawców). Pewne dodatkowe korzyści mogą mieć ci z nich, którzy poszli w wirtualizację, ale i z tego nie jest aż tak wiele.

Skąd więc nagle kusząca obietnica tej blisko 30% obniżki cen? Wydaje się, że wyjaśnienie tego fenomenu jest dość proste. Po pierwsze - usługodawcy, biorąc pod uwagę sytuację gospodarczą, zaczęli się obawiać o swój dalszy rozwój, którego warunkiem są dalsi klienci. Po drugie - skoro klienci ci za wszelką cenę chcą obniżać koszty, więc trzeba im to obiecać, a potem się zobaczy.

W wszystkich zaś opracowaniach na temat outsourcingu powiada się, że zbyt duży nacisk na obniżkę cen przez dostawcę skutkuje usługami o niższym poziomie, a w skrajnym przypadku może zakończyć się jego upadkiem, co staje się większym problemem dla jego klientów, niż dla niego samego.

W analizowanym tu przypadku może być podobnie: niższa cena będzie oznaczać gorszy poziom usług. Bo - jako się rzekło - związek między stronami umowy outsourcingowej jest trudny już w samej realizacji, i po stokroć trudniejszy, szczególnie dla usługobiorcy, w przypadku konieczności jego rozwiązania.

A dodatkowo zadziała tu jeszcze mechanizm, znany ze stosunków społecznych. Strona niezadowolona ze swych relacji małżeńskich jest skłonna znosić ten stan i dopiero po przekroczeniu pewnej granicy zdecyduje się na kroki radykalne. Człowiek niezadowolony z pracy też godzi się z pewnymi uciążliwościami, zanim ich natężenie nie skłoni go do odejścia. Nawet jednostka żyjąca w określonym społeczeństwie sporo jest w stanie znieść, zanim zdecyduje się na np. wyjazd do innego kraju.

Identycznie jest z outsourcingiem: dla zdobycia klienta usługodawca pójdzie na wiele ustępstw, w tym cenowych, ale potem, gdy już zawiążą się tysięczne nitki współpracy stron, zacznie ją regulować tak, aby wyjść na przysłowiowe swoje. Doskonale zdaje on sobie przecież sprawę z tego, że klient wiele zniesie, bo sama już myśl o nagłym pozostaniu z niczym, jest dla niego wystarczająco zatrważająca.

Jak to zwykle z outsourcingiem bywa, sprowadza to całą sprawę do kwestii odpowiedniego sformułowania umów. Ale najlepsze i najbardziej nawet precyzyjne umowy i tak zostawiają stronom pewne pole manewru. Pole, poruszanie się po którym zawsze jest łatwiejsze i bardziej bezpieczne dla dostawcy.