Technologie polityczne

Niedawno zostałem szczęśliwym posiadaczem konsoli do gier. Z ciekawości przeczytałem umowę licencyjną, która łączy mnie z jej producentem.

Okazuje się, że praktyka wyłączenia odpowiedzialności producenta sprzętu IT nie ustała, choć dziedzina dojrzała. Przeciwnie, w tej chwili producenci wyłączają nie tylko odpowiedzialność za swoje produkty, ale dodatkowo przyznają sobie prawo do zdalnej inspekcji urządzenia, wyłączenia go, przekazania np. moich zdjęć na swoje serwery oraz inwigilacji mojej rodziny (konsola zawiera kamerę). Właściwie nie wiadomo co kupiłem, ale na pewno nie prawo do swobodnego korzystania z urządzenia i zainstalowanego na nim oprogramowania.

Problemy prawa autorskiego i prawa licencyjnego dotąd uważane były za kwestie niszowe, przynależne do "świata wirtualnego". Grupy specjalistów debatowały, a potężne lobbies forsowały zmiany ograniczające prawa autorów oraz konsumentów w imię interesów pośredników. Wydawało się, że mieszkańcy krajów rozwiniętego świata, którzy przez dwadzieścia lat machinalnie klikali I agree, zaakceptują dalsze ograniczenia.

Ale nagle fala zawraca. Ruch Oburzonych (Los Indignados), wywodzący się z Hiszpanii, który potem wstrząsnął kolejnymi krajami Zachodniej i Południowej Europy, zaczął się właśnie od restrykcyjnych zmian w prawie autorskim (tzw. ustawy Sinde). Oczywiście bieda, bezrobocie i brak perspektyw mają duże znaczenie - ale masa krytyczna pojawiła się dopiero dzieki tagowi #nolesvotes, który pojawił się w tweetach. Technologia i prawo licencyjne nagle stały się tematem politycznym.

Dziwne? Nie wiem dla kogo. Arabskie rewolucje nie mogłyby się rozpocząć, a tym bardziej wygrać, gdyby nie komunikacja mieszkańców ponad głowami możnych. Demonstracje, które pokazywały telewizje świata, były ostatnim aktem zmiany. Sankcjonowały tylko ruch obywatelski, który wcześniej skrystalizował się w internecie. Nie zdziwiłbym się, gdyby - konsekwentnie - któregoś z europejskich przywódców spotkał los Ben Alego albo Hosni Mubaraka. Jeśli komuś się wydaje, że to niemożliwe, bo demokracja parlamentarna daje instytucjonalny "wentyl bezpieczeństwa" w postaci wyborów, to wcale nie musi mieć racji. Klasa polityczna dbająca o interesy własne, kasty urzędniczej oraz potężnych lobbies, może zostać nagle postawiona w sytuacji buntu obywateli, manifestowanego poza demokratycznymi procedurami. Próby ograniczania wolności w internecie, raz po raz podejmowane także przez polski rząd, z daleka pachną próbą przeciwdziałania takiemu scenariuszowi.

Witamy w świecie, w którym technologie stały się polityczne - na dobre i na złe.