Tatarkiewicz, czyli konkurs

Zokazji niedalekiego jubileuszu dziesięciolecia Computerworld oraz z powodu napisania przeze mnie dwustu pięćdziesięciu felietonów (zostały mi jeszcze cztery, mam nadzieję, że się uda) postanowiłem ogłosić konkurs. Długo zastanawiałem się, jaki mógłby on być. Wszelkie quizy odrzuciłem we wstępnej selekcji, bo Czytelnicy wiedzą więcej ode mnie, więc nie mam żadnych szans wymyśleć coś dostatecznie ciekawego. Szarady, łamigłówki oraz krzyżówki też poszły do kosza, bo trudno znaleźć coś komputerowego, nowoczesnego oraz interesującego.

Zokazji niedalekiego jubileuszu dziesięciolecia Computerworld oraz z powodu napisania przeze mnie dwustu pięćdziesięciu felietonów (zostały mi jeszcze cztery, mam nadzieję, że się uda) postanowiłem ogłosić konkurs. Długo zastanawiałem się, jaki mógłby on być.

Wszelkie quizy odrzuciłem we wstępnej selekcji, bo Czytelnicy wiedzą więcej ode mnie, więc nie mam żadnych szans wymyśleć coś dostatecznie ciekawego. Szarady, łamigłówki oraz krzyżówki też poszły do kosza, bo trudno znaleźć coś komputerowego, nowoczesnego oraz interesującego.

Przyznam się, że zrobiło się nieco gorąco. Czas leci, tygodnie śmigają jak głupie, a przecież jubileuszu nie można świętować za rok, bo wtedy będzie już zupełnie inny. Na szczęście, tak jak w większości przypadków, z pomocą przyszło życie. Tym razem w osobie mojej żony. Wróciła roześmiana z pracy i już od drzwi woła, czy wyobrażam sobie. Jako że wyobraźnię mam bardzo ograniczoną, więc popatrzyłem na nią z miną skazańca. A tymczasem historia sama podetkała mi pod nos, że tak powiem, rozwiązanie problemu konkursu.

Otóż współpracownik mojej połowicy jest człowiekiem oszczędnym, bo ma żonę oraz dzieci na utrzymaniu. W związku z tym zamiast wykupić abonament na dostęp do Internetu, poszukał (domyślam się, że na komputerze w pracy) darmowych dostawców. Jest ich w Ameryce mnóstwo, więc bez specjalnego problemu znalazł jednego, który miał lokalny numer w Bostonie. Jak wiadomo, zgodnie ze starym powiedzonkiem, nie ma nic takiego jak darmowy lunch, więc znajomy musiał znosić reklamy dołączane do listów oraz migające na ekranie.

Nie ma letko, nikt nie rozdaje poszukiwanego towaru na ulicy. Ale na wszystko są rozwiązania. Kuzyn-programista pomógł zablokować reklamy. Jakiś czas zabawa udawała się świetnie. Żadnych reklam, a dostęp za darmo.

Widać jednak dostawca zorientował się, że robią go na szaro, i konto zablokował. Jak się człowiek przyzwyczai, to trudno zrezygnować z darmowych dóbr, wiemy coś na ten temat w naszym kraju, oj wiemy. Znajomy postanowił więc zapisać się raz jeszcze. Jego nazwisko było już spalone, ale przecież od czego rodzinka. Wpisał imię swej żony - zajęte, dzieci - także wykorzystane. Kilka imion kolegów z labu - tyż to samo. W tym momencie opowieści moja domowa ekspertka zapytała go żartem, dlaczego nie skorzystał z naszego nazwiska. A on się uśmiechnął i powiedział: Właśnie tak zrobiłem i zadziałało!

Tak też narodził się pomysł na konkurs, przypominający nieco mą młodość, gdy wszędzie pisaliśmy ŁH, nie wiedząc co to znaczy. Potem na ścianach pojawił się Tkaczuk, aż reklamiarze to kupili. Amerykanie od czasu II wojny światowej skrobią Kilroy was here (patrz m.in.http://www.kilroys.net/whois.html lubhttp://www.3dair.com/whois.html ).

Reguły jubileuszowego konkursu są bardzo proste: należy zarejestrować Tatarkiewicza (ew. z hasłem "Kuba") gdzie się tylko da na Internecie i przysłać informację o tym na mój nowy adres pocztowy (hasło nie jest "Kuba"...) nie później niż do opublikowania jubileuszowego felietonu numer 250 (za cztery tygodnie). Trzy najbardziej egzotyczne rejestracje zostaną uhonorowane grą KUBA (patrzhttp://www.patchproducts.com/comp_gam/kubacd.html ). O przyznaniu nagród zadecyduję osobiście, jednoosobowo i nieodwołalnie.

A więc, Czytelnicy, do roboty, rejestrujcie Tatarkiewicza!


TOP 200