Taśmy NASA

Kilka felietonów temu wspomniałem o jakichś taśmach NASA dodając, że ich historii warto poświęcić cały felieton.

A było to w skrócie tak: w latach 60-tych XX wieku Amerykanie wysłali kilka kolejnych statków kosmicznych, które krążyły wokół Księżyca, wykonując bardzo dokładne zdjęcia jego powierzchni. Zdjęcia te były wywoływane na pokładzie tych statków w specjalnej ciemni, po czym ich obraz był wysyłany przez radio do bazy na Ziemi. Tu rejestrowano je na szerokiej (50 mm) taśmie magnetycznej, na specjalnych urządzeniach firmy Ampex, która zbudowała ich tylko kilkadziesiąt, wyłącznie na potrzeby wojskowe (po prawie 350 tys. dolarów każde).

Łącznie na Ziemię trafiło wtedy tą drogą ponad 2 tys. zdjęć, a pośród nich i to, które obiegło prasę całego świata - pierwsze zdjęcie naszej planety widzianej z oddali, z Księżycem naprzeciwko. Niektóre z tych zdjęć posłużyły do wyboru miejsca lądowania kolejnych ekspedycji księżycowych, do pozostałych nikt nie miał głowy ani serca, bo zadaniem nr 1 było stanąć na Księżycu przed Rosjanami. Pozostało z tego jakieś 2500 taśm, które zebrane razem tworzyły spektakularna górę o przybliżonych wymiarach 6 x 3 x 2 metry, ważącą kilka ton.

Niewiele brakło, a wszystkie te taśmy trafiłyby na śmietnik i byłoby po wszystkim. Zainteresowała się jednak nimi niejaka Nancy Evans, kierująca wtedy w NASA porządkowaniem archiwów. Zyskała ona zgodę szefów na przechowanie tych taśm w jakichś magazynach i rozpoczęła jednocześnie starania o uzyskanie maszyny Ampexa, na której taśmy te dałoby się odczytać. Trzy takie maszyny znalazły się w jednej z baz lotniczych, ale od dawna już nie działały. Evans wzięła jednak ten ewidentny już złom i - z braku lepszego miejsca - wstawiła go do własnego garażu, gdzie przeleżał 20 lat.

W tym czasie, znając wartość obrazów zapisanych na taśmach, Evans występowała do NASA o środki na naprawę Ampexów. Tam jednak oszacowano to na ponad 6 mln. dolarów i kolejne o nie wnioski odrzucano. W końcu zdesperowana Evans wystąpiła już nie kolejny raz o środki, tylko na jednej ze specjalistycznych konferencji, w wyniku czego sprawa trafiła na blogi entuzjastów podboju Kosmosu. Pośród nich był niejaki Dennis Wingo.

Wingo zainteresował sprawą przyjaciela, który pracował od lat w NASA i zajmował się m.in. stroną internetową tej organizacji. Obaj przewieźli taśmy i maszyny Ampexa do ośrodka NASA w Ames, gdzie łaskawie udostępniono im pomieszczenie po byłej restauracji McDonald’s. Wkrótce udało im się znaleźć - jak to określają - jedynego człowieka na Ziemi, który znał się jeszcze na rejestratorach Ampexa, ale nie miał z nimi do czynienia od 40 lat. NASA dała im w końcu 100 tys. dolarów i z czterech Ampexów (w międzyczasie znalazł się jeszcze jeden), zrobili jakoś tam działający jeden, co zajęło im prawie dwa lata pracy.

Pierwsze, odzyskane i zamienione już na postać cyfrową zdjęcia można oglądać na stronie www.moonviews.com. Wyróżnia je to, że mają dwa razy lepszą rozdzielczość i czterokrotnie większą głębię, niż zdjęcia udostępnione kiedyś prasie. Z okazji ich opublikowania, w ośrodku badawczym NASA w Ames, gdzie to wszystko się działo, odbyła się uroczystość z udziałem wszystkich bohaterów tej akcji, łącznie z liczącą ponad 70 lat Nancy Evans.

A jaki z tego wniosek dla nas, współczesnych? Ano, bardzo prozaiczny i przyziemny - nasze przepisy księgowo-podatkowe wymagają przechowywania danych na nośnikach magnetycznych przez ileś tam lat. Dodatkowo - ich właściciel jest zobowiązany utrzymywać w stanie zdolności do działania sprzęt, na którym dane te można, na każde żądanie odpowiednich władz i urzędów, przeczytać.

A co by nie powiedzieć - nie są to dane księżycowe.


TOP 200