Tak mi się napisało...

Minęło już pół roku od poszerzenia Unii Europejskiej, co dla tego rodzaju zmiany jest czasem zbyt krótkim, by pokusić się o formułowanie jakichkolwiek wniosków o tym, co w związku z tym trwale zmieniło się w mentalności zjednoczonych Europejczyków. Bo zapewne nie zdążyło zmienić się nic.

Minęło już pół roku od poszerzenia Unii Europejskiej, co dla tego rodzaju zmiany jest czasem zbyt krótkim, by pokusić się o formułowanie jakichkolwiek wniosków o tym, co w związku z tym trwale zmieniło się w mentalności zjednoczonych Europejczyków. Bo zapewne nie zdążyło zmienić się nic.

Przytaczałem tu kiedyś starą historyjkę z jakiejś, bodaj brytyjskiej, gazety o tym, co do Unii wniosły nacje, które przystąpiły doń wcześniej. Ściślej zaś - jakie były związane z tym oczekiwania, a jakie realia (dla tych, którzy nie czytali albo nie pamiętają, przypomnę: Bruksela oczekiwała, iż obywatele Zjednoczonej Europy będą cechowali się pragmatyzmem Brytyjczyków, zdolnościami kulinarnymi Francuzów, światowością Hiszpanów, szczodrością Duńczyków, organizacją Szwedów, poczuciem humoru Irlandczyków, radością życia Włochów, dyscypliną Niemców i skromnością Portugalczyków. W rzeczywistości okazało się, że była to perspektywa świata Luksemburczyków, szczodrość Holendrów, radość życia Szwedów, lekkość Niemców, punktualność Włochów, dyscyplina Irlandczyków, czas pracy Norwegów i skromność Francuzów. Wkładem brytyjskim była kuchnia i zdolności językowe.

Pomijając konieczne przy takiej okazji uproszczenia, z historyjki tej wypływa dość oczywisty wniosek: członkowie Unii sprzed tegorocznego poszerzenia to nacje wyraziste, z każdą z których kojarzy się jakieś szczególne cechy.

Nie mając wątpliwości, że Słoweńcy różnią się pod wieloma względami od Słowaków, a ci zaś od Łotyszy, trudno jednak znaleźć jakieś wyróżniające cechy, charakterystyczne dla któregoś z narodów z tegorocznej dziesiątki, która zasiliła Unię.

A może da się dostrzec coś takiego u tych, których znamy najlepiej, czyli u nas samych?

Gwoli wyjaśnienia: bynajmniej nie zamierzam dworować sobie tutaj z - nielicznych jak dotąd - tyrad i wystąpień niektórych naszych europosłów, które mają szansę stać się pożywką dla kabaretów politycznych kontynentu. W końcu zderzenie zaściankowej tromtadracji i idei liberum veto z europragmatyzmem musi zapowiadać liczne spektakle rozrywkowe ze Strasburga.

Spójrzmy jednak uważniej na siebie, a zapewne znajdziemy coś, co nas zdecydowanie wyróżnia, zarówno pośród starych, jak i nowych członków Unii.

Leżą otóż przed nami kawałki i okruchy szkła, które jeszcze chwilę temu były szklanką. Co się stało? - pytamy. W odpowiedzi słyszymy zaś: Zbiła mi się szklanka.

Tak, szanowni czytelnicy - nie powiemy, że to my ją zbiliśmy, tylko ona sama miała już dosyć, więc sama się zbiła. Ktoś inny powie w tej sytuacji: Spadła mi szklanka. Nie - upuściłem szklankę, bo tak przecież nie było. To ona sama postanowiła wyrwać mu się z rąk i spaść z wiadomym skutkiem.

Czy konstrukcja o podobnym wydźwięku istnieje w ogóle w jakimś innym niż polski, języku?

Mamy więc naszą, charakteryzującą nas cechę: dla nas wszystko co niedobre dzieje się poza nami, spada na nas jak fatum, bo przecież my tego nie chcemy, bardzo nie chcemy, a jednak to się dzieje - samo i właściwie bez naszego udziału i przyzwolenia.

Jak w ogranej historyjce z dziedziny zarządzania - najważniejsze znaleźć winnego! Co oczywiste - winnego spoza naszego własnego grona. Pod tym zaś względem więc wygląda na to, że problem rozwiązał nam się na lata (ma się rozumieć - sam). Po coś w końcu do tej Unii wstępowaliśmy. Od piętnastu lat panowała pustka - coraz trudniej było winić o wszystko ustrój, bo się zmienił, nie ma też Wielkiego Sąsiada, który był winien wszystkiemu złemu, ale - nareszcie - jest ona, Europa!

Gdyby jednak ktoś panpolski z poglądów nie zgadzał się z tą opinią, ze skruchą się usprawiedliwiam: to nie ja, to tak mi się tylko napisało.


TOP 200