Tak jakoś

Lubię jeździć pociągami, ale nie przepadam za wagonami bez przedziałów, gdzie siedzi się jak w samolocie. Bywa jednak, szczególnie gdy bilet kupuje się w ostatniej chwili, że gdzie indziej miejsc wolnych nie ma.

Lubię jeździć pociągami, ale nie przepadam za wagonami bez przedziałów, gdzie siedzi się jak w samolocie. Bywa jednak, szczególnie gdy bilet kupuje się w ostatniej chwili, że gdzie indziej miejsc wolnych nie ma.

Zdarzyło mi się tak pod koniec ubiegłego roku. Jedziemy więc, ludzi sporo, a mnie trafiło się obok puste miejsce. Skorzystałem z tego skwapliwie i zagospodarowałem je, szerzej niż zwykle rozkładając swe papierzyska. Czytam coś i - od czasu do czasu - coś piszę.

W którymś momencie wychyliłem się zza wysokich oparć, by dojrzeć światełko sygnalizujące zajętość toalety. W pierwszym momencie miałem wrażenie, jakby większość współpasażerów w tym samym momencie postanowiła zrobić to samo co ja, bo zza wszystkich rzędów foteli przede mną, po obu stronach wystawały czyjeś głowy. A im bliżej mnie, głowy te wystawały bardziej, jakby ci przed nimi coś im zasłaniali.

No to wychyliłem się jeszcze bardziej i zobaczyłem, że kilka rzędów dalej ktoś, widocznie bardzo wysoki, wysunął nogi niemal na środek przejścia, a na udach ustawił sobie komputer, na którym coś oglądał, chyba jakiś film. Po kilku sekundach wiedziałem już, że film był - jak to się eufemistycznie ocenia - raczej dla dorosłych i to bardzo. Spojrzałem za siebie - a tam to samo: wychylone ku przejściu nie tylko głowy, ale całe nawet sylwetki.

I jechał tak sobie ten wesoły wagon, aż pojawiła się pani z wózkiem z napojami i słodyczami. Ci siedzący w rzędach przed ekranem spokojnie wybierali spośród tego, co im oferowano. Ci zaś, którzy ekran widzieli, pospiesznie rezygnowali, mimo że było przecież za darmo, irytując się jeszcze na tych co siedzieli przy oknach, którzy, nieświadomi sprawy, zamawiali, co kto tam chciał, jak zawsze.

Czerwone światło na ścianie wagonu zgasło, toaleta była wolna, ale nie odważyłem się tam pójść, bo czekałby mnie niechybny lincz.

Po chwili przez wagon przechodzili dwaj młodzi faceci. Szli chyba do restauracyjnego za nami. Pierwszy z nich, krótko ostrzyżony blondyn w wąskich okularach, zauważywszy co było na ekranie komputera, zażądał jego natychmiastowego wyłączenia. Gdy ten z komputerem zdawał się traktować go jak powietrze, blondyn wygłosił krótką mowę o sianiu zgorszenia i zepsucia.

Koniec końców młodzieżowego aktywistę udało się przepędzić i sytuacja wróciła do poprzedniego stanu, czyli komputer na wysuniętych nogach i głowy wystające zza foteli. A mnie przypomniał się kolega z pracy, który pod koniec lat 60-tych robił prawdziwy majątek sporządzając masowo w domowym laboratorium i sprzedając odbitki fotograficzne ze szwedzkich magazynów dla dorosłych.

Bo to jakoś tak jest, że im owoc bardziej zakazany, tym lepiej smakuje i więcej kosztuje. Co potwierdza znajomy kioskarz mówiąc, że ilekroć zaczyna się u nas mówić o zakazach rozpowszechniania tego rodzaju materiałów, rośnie gwałtownie ich sprzedaż, a z nią i ceny.

A młodzieżowemu aktywiście spieszę donieść, że wprost przed moimi oknami, tak że szczegóły widać nawet bez lornetki, powieszono wielgachny plakat reklamowy z leżącą na czymś panią w samej bieliźnie i pończochach, które jakby szczególnie są eksponowane. Już sam fakt, że powieszono to bezeceństwo na dwa dni przed Wielkanocą woła o wiadomą pomstę, ale chodzi mi o coś jeszcze innego. Ta pani na tym plakacie, co pcha mi się przed oczy, leży. Ale ona nie leży zwyczajnie. Ona leży tak jakoś... I o tym jakoś właśnie donoszę, licząc na uruchomienie stosownych mechanizmów, które wyzwolą mnie od konieczności ciągłego spoglądania przez okno. Oczywiście - wyłącznie w celu sprawdzenia, czy ona jeszcze tam tak jakoś...