TCO - to co

Przez całe moje życie komputerowe, a więc od ponad ćwierć wieku, byłem przekonany, że komputer jest dobrem trwałym. Dałem temu wyraz w poprzednim felietonie "(Jedno)razowiec" (CW nr 31/2000), sugerując, że nastał czas nienaprawialnych komputerów i peryferii.

Przez całe moje życie komputerowe, a więc od ponad ćwierć wieku, byłem przekonany, że komputer jest dobrem trwałym. Dałem temu wyraz w poprzednim felietonie "(Jedno)razowiec" (CW nr 31/2000), sugerując, że nastał czas nienaprawialnych komputerów i peryferii.

Jednocześnie zauważyłem, że choć nie warto naprawiać, to jednak można je używać bardzo długo, aż się zniszczą moralnie. Mam w pracy taki przykład: sąsiednie laboratorium wyrzucało 7-letnie komputery. Po dokładnym przyjrzeniu się im stwierdziłem, że przełożenie pamięci oraz wsadzenie nowszych dysków, a także odku- rzenie pozwala z dwu zrobić całkiem sprawny serwer intranetowy. Jeden.

Potem przyszło mi jednak do głowy, że właściwie taka działalność jest reanimacją trupów. To tak jakbyśmy trzymali pacjenta na sztucznym płuco-sercu: niby żyje, ale przecież wszyscy wiedzą, że nic już z niego nie będzie. Przede wszystkim dlatego że ustawowo, bodajże po pięciu latach od zaniechania produkcji, wytwórca może już nie trzymać na składzie części zamiennych. Nowe modele komputerów żyją na rynku rok, czasami nawet krócej, a więc taki siedmioletni staruszek nie ma szans na żadną transplantację, o przepraszam, żona mnie poprawia: przeszczepienie nowszych narządów. Można jednak trzymać zapasowe wraki do kanibalizacji, co właśnie uczyniłem w przypadku mojego serwera - mam płytę główną, obudowę, zasilacz, nawet napęd dyskietek, ale to z kolei zajmuje miejsce. Zacząłem rozmyślać, jak to jest z punktu wi- dzenia ekonomii. Zrobiłem prosty rachunek: jeśli co dwa lata kupimy każdemu pracownikowi nowy komputer, to firma wyda mniej niż 1000 USD (monitor może służyć znacznie dłużej, szczególnie gdy się kupi dobry, oprogramowanie też wymienia się rzadziej, bo czas szkolenia jest długi, a bieżące uaktualnienia i tak trzeba instalować). Oznacza to, że za 40 USD miesięcznie każdy pracownik będzie miał przez pierwszy rok całkiem przyzwoity model, na ogół to, co się nazywa state of the art, czyli zgodny ze wszystkimi trendami. Dziś oznacza to m.in. USB i DVD. W drugim roku w dalszym ciągu będzie całkiem dobrze, bo nowe technologie pojawiają się mniej więcej w cyklu dwuletnim. Trzeba tylko być z nimi w fazie.

Dla ustalenia uwagi: bilet miesięczny na metro dla pracownika w Bostonie lub opłata za odległe miejsce parkingowe kosztuje firmę co najmniej 50 USD. A więc koszt zapewnienia godziwych warunków socjalnych może się okazać znacznie wyższy niż całkowity koszt.

Nic więc dziwnego, że badania rynku pokazują znaczące skrócenie czasu "życia" komputerów PC. Obecnie mówi się właśnie o dwu latach - myślę, że takie rachunki jak wyżej wykonało wielu zarządzających firmami i podjęło męską decyzję. Problem w tym, że TCO to nie tylko żelastwo. Głupie przełożenie dysku i pamięci oraz odkurzenie komputera zajęło mi ponad dwie godziny. A więc prawdopodobnie kosztowało mego pracodawcę połowę ceny nowego komputera. Z drugiej strony zainstalowanie nówki z zastosowaniem klonowania też trwa kilka godzin, bo przecież mało która firma ma zestandaryzowane wszystkie komputery jak w wojsku. Szczególnie gdy instalację robi się w małej skali i nie warto pisać skryptów.

Biednemu wiatr zawsze w oczy...