"Szydło z komputera czyli długo oczekiwane wyznania złodziei"

Gdybym umówił się z moją rodziną, że bicie dzieci jest najlepszym środkiem wychowawczym i gdzybyśmy takie stwierdzenie wpisali do naszego domowego Kodeksu Rodzinnego, to przy okazji każdego bicia mógłbym ze słodkim uśmiechem mówić, że moje postępowanie jest całkowicie zgodne z kodeksem domowym, choć wykorzystałbym środki pozaprawne. Teściowa by mi tego nie wybaczyła...

Gdybym umówił się z moją rodziną, że bicie dzieci jest najlepszym środkiem wychowawczym i gdzybyśmy takie stwierdzenie wpisali do naszego domowego Kodeksu Rodzinnego, to przy okazji każdego bicia mógłbym ze słodkim uśmiechem mówić, że moje postępowanie jest całkowicie zgodne z kodeksem domowym, choć wykorzystałbym środki pozaprawne. Teściowa by mi tego nie wybaczyła...

Rok temu, mimo protestów środowiska producentów oprogramowania, rząd wprowadził w życie nową ustawę o prawie autorskim. Znalazł się w niej kuriozalny zapis (pkt. 3 art. 124) o umorzeniu ścigania kradzieży oprogramowania komputerowego i dochodzenia odszkodowań. Kiedy napisałem w jednym z felietonów, że ciekawe ilu legalnych programów używa się w Kancelarii Prezydenckiej, to z ust najwyższego ówcześnie urzędnika administracji państwowej odpowiedzialnego za informatykę dowiedziałem się, że... na komputerze premera są zainstalowane wyłącznie legalne programy. W dalszym ciągu ciekaw jestem, ilu legalnych programów używa się w Kancelarii Prezydenckiej.

Tymczasem wyszło szydło z worka, choć niezupełnie. Pełnomocnik Premiera ds. Informatyki - osoba numer jeden w polskiej hierarchii informatyki państwowej - pan Marek Car stwierdził publicznie podczas Międzynarodowych Targów KomputerEXPO '95, że w wyniku kontroli legalności oprogramowania używanego przez jednostki administracji państwowej w 19 spośród 40 urzędów centralnych stwierdzono, że ponad 60% programów komputerowych wykorzystywanych jest bez zgody producentów. W wojewódzkich urzędach administracji państwowej procent ten jest niższy, lecz w dalszym ciągu wynosi ponad 40. Czyżby na prowincji mniej kradli?

Pełnomocnik uważa istniejący stan rzeczy za duży sukces i cieszy się, że jest to stan całkowicie zgodny z polskim prawem. A jakże mógłby być niezgodny, skoro rząd sam sobie dał abolicję?! Z raportu pana pełnomocnika wynika, że w administracji państwowej najczęściej używane są programy do pisania tekstów. Dobrze jest tu wspomnieć, że w okresie ok. Targów SOFTARG '93 tj. w październiku 1993 r. dużo mówiło się w branży komputerowej o niezwykle korzystnym kontrakcie jaki URM zawarł z firmą Microsoft. Chodziło o dostawy typowego oprogramowania biurowego: Word i Exel za cenę, jak powiadano, na poziomie 15 USD za sztukę. Nikt wprawdzie kontraktu nie widział ani też jego treścią zbytnio się nie chwalono, ale takie plotki zwykle mają jakieś skutki. Choćby takie, że firma Malkom, sprzedająca znany program QR-Tekst, z dnia na dzień obniżyła cenę swego flagowego produktu, skądinąd zalecanego w administracji państwowej.

Jak widać niezwykle korzystne ceny nie spowodowały pzrełomu w centralnej administracji państwowej. A łatwo sobie wyobrazić, co się dzieje w małych miejscowościach oraz w bankrutujących zakładach przemysłu państwowego. Tam przecież z pewnością procent kradzionego oprogramowania jest znacznie wyższy. Nic nie pomoże zaklinanie deszczu przez pana pełnomocnika stwierdzeniami, że za rok sytuacja będzie lepsza, bo nowe uzgodnienia standaryzacyjne Rady Koordynacyjnej ds. Teleinformatyki wymuszą zakup nowych, legalnych wersji programów.

Moje dzieci z pełnym zrozumieniem przyjęły oświadczenie, że już za rok będę je bił wyłącznie miękkim paskiem od szlafroka, gdyż takie właśnie ustalenia podjąłem po konsultacji z ich matką. Wyraziły też publicznie radość z powodu otrzymywania legalnej rżniątki.

Niestety, to nie one powinny dostać w skórę, lecz wysocy urzędnicy państwowi, którzy dopuścili do zaistnienia państwa legalnych złodziei.


TOP 200