Szukaj wiatru w polu

Powiada się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Jak to zwykle w życiu bywa, twórcy popularnych powiedzonek nie ponoszą odpowiedzialności za stan faktyczny. Okazuje się, że są ludzie niezastąpieni, a także bywają ludzie niezastępowalni, zwłaszcza w nagłych przypadkach. I zdarza się to wcale nie tak rzadko.

Powiada się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Jak to zwykle w życiu bywa, twórcy popularnych powiedzonek nie ponoszą odpowiedzialności za stan faktyczny. Okazuje się, że są ludzie niezastąpieni, a także bywają ludzie niezastępowalni, zwłaszcza w nagłych przypadkach. I zdarza się to wcale nie tak rzadko.

Pewien listonosz zachorował i nie mógł dostarczyć przesyłek. Zastąpił go natychmiast kolega po fachu, czego praktycznie nikt z odbiorców nie zauważył. Chirurg nie mógł wykonać zaplanowanej operacji wyrostka robaczkowego, gdyż złamał rękę. Operację przeprowadził w zastępstwie inny chirurg, o czym pacjent dowiedział się dopiero po fakcie. W firmie usługowej jeden z serwerów baz danych odmówił współpracy, podczas gdy jego administrator przebywał akurat w szpitalu. I nikt z pozostałych kolegów informatyków nie mógł temu zaradzić, gdyż każdy znał się na czym innym, tylko nie na tych bazach danych. I wszyscy zauważyli, że coś jest nie tak, a zwłaszcza klienci owej firmy, która nie mogła prowadzić normalnie swojej działalności. Czyż to nie znamienne zjawisko?

Wymienialność personelu na stanowisku pracy jest tym łatwiejsza, im stanowisko to wymaga od pracownika mniej skomplikowanej pracy lub cechuje się łatwą przekazywalnością działań. Jeśli jednak pracownik swoją działalnością obejmuje duży zakres wiedzy, złożoności i sporego wkładu własnego intelektu, trudno sobie wyobrazić łatwe jego zastąpienie "w locie" przez kogokolwiek innego, nawet jeśli jest to osoba o tej samej specjalizacji zawodowej, nieuczestnicząca jednak na bieżąco w tym procesie produkcyjnym.

Stosunkowo łatwo więc podmienić administratora kopii zapasowych, jeśli oczywiście znajdziemy kandydata posiadającego adekwatną do stosowanego systemu wiedzę i jeśli cała procedura archiwizacyjna została uprzednio gruntownie udokumentowana. Gdyby jednak chcieć w to miejsce posadzić informatyka, który do tej pory zajmował się innym rodzajem baz danych lub nigdy nie miał z nimi do czynienia, sprawa przestaje wyglądać optymistycznie. Zwłaszcza z chwilą pierwszej konieczności odtwarzania danych po awarii. Dużo gorsza sytuacja pojawia się w przypadku zastępstw dla administratorów systemów, sieci, baz danych - czyli administratorów "pełną gębą". Tutaj, nawet przy istniejącej poprawnej dokumentacji, zamiennik dotychczasowego administratora ma twardy orzech do zgryzienia.

Szefowie firm stosujących narzędzia informatyczne zdają się ciągle nie dostrzegać rangi zagadnienia. Dotyczy to zwłaszcza firm średnich, gdzie kilkaset stanowisk komputerowych, kilka serwerów tworzy już niezły gąszcz techniczno-organizacyjny, a żywot firmy zależy głównie od jakości funkcjonowania w niej informatyki. Menedżerowie okrawają z definicji budżet przeznaczony na personel specjalistyczny, jakby nie wierzyli, że procesy biznesowe są już najczęściej tak dopracowane, że awaria zaplecza informatycznego uniemożliwia normalne funkcjonowanie firmy.

W przypadku łączonej dysfunkcji - gdy system nawali, a jedyny władny usunięcia awarii informatyk akurat leży na stole operacyjnym - dyrekcja firmy dopiero dostrzega, że stoi na krawędzi przepaści. Sięgają więc szefowie po plan awaryjny, którego oczywiście nie ma, a nawet jeśli byłby, wymagałby skorzystania z dublera, którego oczywiście w firmie nigdy nie było. I na tym w zasadzie można skończyć. Przywracanie systemu informatycznego firmy potrwa w tym przypadku na pewno zbyt długo, bez względu na to, jakie inne działania zastępcze podjąć. Na zakończenie chciałbym jedynie przypomnieć, że prawa Murphy'ego działają nieubłaganie (to w kontekście koincydencji awarii technicznej i ludzkiej niedyspozycji) oraz że funkcję dublera wymyślono nie tylko na potrzeby produkcji filmowej.


TOP 200