Szewc bez butów chodzi

Pod koniec lat 80. prowadziłem wymianę myśli na tematy informatyczne z pewnym Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia. Wymiana odbywała się drogą tradycyjnych przesyłek pocztowych. Dyskusja dotyczyła m.in. problematyki pracy na odległość przy tworzeniu systemów i przekazywaniu wyników, gdzie tradycyjna metoda przesyłania informacji była zbyt wolna i uciążliwa. Już wówczas jednak pisał on o poczcie komputerowej i możliwości wymiany informacji tą drogą, jako nieuniknionej drodze rozwoju, za oceanem już dosyć popularnej i mającej w najbliższej przyszłości wkroczyć także do nas. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi i nie mogłem połączyć tych wyobrażeń z otaczającą mnie rzeczywistością, ale po paru latach zrozumiałem.

Pod koniec lat 80. prowadziłem wymianę myśli na tematy informatyczne z pewnym Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia. Wymiana odbywała się drogą tradycyjnych przesyłek pocztowych.

Dyskusja dotyczyła m.in. problematyki pracy na odległość przy tworzeniu systemów i przekazywaniu wyników, gdzie tradycyjna metoda przesyłania informacji była zbyt wolna i uciążliwa. Już wówczas jednak pisał on o poczcie komputerowej i możliwości wymiany informacji tą drogą, jako nieuniknionej drodze rozwoju, za oceanem już dosyć popularnej i mającej w najbliższej przyszłości wkroczyć także do nas. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi i nie mogłem połączyć tych wyobrażeń z otaczającą mnie rzeczywistością, ale po paru latach zrozumiałem.

Internet tak zadomowił się w moim życiu, że bez niego nie wyobrażam sobie funkcjonowania zawodowego. Pozbawienie mnie możliwości tego rodzaju kontaktu ze światem, odebrałbym przypuszczalnie jako tragedię osobistą. Byłoby to tym samym, co powrót do kodowania programu za pomocą kart dziurkowanych - ohyda, jak mogłem coś takiego robić? Rzeczywiście, nikt nie lubi, jak odbiera mu się przywileje czy udogodnienia. Rozpieszczenie moje sięga takiego poziomu, że każde obniżenie jakości warunków pracy zawodowej, mogłoby się skończyć jej porzuceniem.

Wracając do Internetu, o którym wielu użytkowników dawało pochlebne opinie, co do jego przydatności, chciałbym dorzucić swoje trzy grosze nt. zastosowań w tworzeniu projektu na odległość. Miałem możliwość uczestniczenia przy opracowywaniu założeń projektowych w kilkunastoosobowej grupie, rozproszonej w kraju i za granicą. Tylko dzięki istnieniu popularnego e-maila możliwa była w miarę realna synchronizacja i utrzymanie tempa prac. Możliwość przesyłania plików binarnych pozwalała śledzić każdemu z uczestników wersje demonstracyjne oprogramowania. A pamiętam, że niewiele wcześniej, aby przesłać szybko program do odbiorcy na drugim końcu kraju, umawiało się godzinę i pociąg, którym przesyłka ma dotrzeć. Po czym szło się do maszynisty, wręczało drobną kwotę i kopertę z dyskietką, mówiąc, że na stacji docelowej ktoś się po to zgłosi. Kto tego nie zaznał, nie wie co stracił. Obecnie zza biurka możemy przesyłać i otrzymywać niemal natychmiast to, co jest uzgodnione.

Moje rozkapryszenie jest tak duże, że do rodzimych firm zajmujących się informatyką, a nie posiadających dostępu do Internetu, podchodzę niechętnie, nawet jeśli mają siedzibę w obrębie tego samego miasta. Gdy pomyślę, że aby przedostać się do kooperanta muszę stracić godzinę na dojazd i drugą na powrót, już mi się odechciewa. Jeśli akcja taka wykonywana ma być kilka razy w tygodniu, traktuję to jako uwstecznienie. Niestety, dostęp do Internetu mają na razie tylko większe firmy informatyczne, chociaż sytuacja powoli ulega zmianie. Alternatywną drogą przesyłu informacji pozostaje ciągle faks - tylko jak tą metodą przesłać program? Internet to nie żadne science fiction, to życie - na razie przede wszystkim gospodarcze i naukowe. Dziwi mnie ciągle zbytnia wstrzemięźliwość przy uzbrajaniu się w to narzędzie firm, zwłaszcza informatycznych, które do biednych nie należą, a powinny stanowić przedpole dla innych zastosowań Internetu komercyjnego. Czyżby znowu sprawdziło się przysłowie "szewc bez butów chodzi"?


TOP 200