Symbioza z automatem

W wielu przychodniach i szpitalach mamy do czynienia z automatami wydającymi numerki regulujące dostęp do usług medycznych. Jest to wygodne o tyle, że tworzy bufor pomiędzy rejestracją a właściwym punktem przyjęć, całe spiętrzenie przesuwając pod biletomaty. O kolejności przyjęcia i tak decyduje lekarz, o czym najczęściej obwieszczają sporych rozmiarów informacje.

Nie, żebym był przeciwnikiem rejestratorów, jednak uważam, że sprawy one nie rozwiązują, a jedynie przesuwają środek ciężkości. Możemy więc sobie manipulować wąskim gardłem do woli, co wcale nie podniesie skuteczności systemu. Bo czas poświęcony na rejestrację jest tylko niewielkim ułamkiem czasu oczekiwania na usługę medyczną. Wszystko więc jedno, czy będziemy się rejestrować wolniej czy szybciej – globalny czas trwania obsługi pacjenta się nie zmieni.

W jednym ze szpitali wprowadzono niedawno tego rodzaju rejestratory, a że jest to jednostka duża, ludzie do przychodni specjalistycznych lgną, jakby zdrowie tam darmo rozdawali. Teraz jednak przed okienkami do rejestracji jest luz i swoboda, za to przed kioskami biletowymi – wprost przeciwnie. Spiętrzenie dodatkowo wzmaga niezbyt udany interfejs automatu, który w pewnym momencie prosi o włożenie karty ubezpieczenia (obowiązującej w województwie śląskim), na co, jak się okazuje, jest już za późno. Ta karta powinna być w szczelinie wcześniej, co powoduje, że procedurę trzeba rozpocząć od nowa. Jednak w trudnych sytuacjach ludzie się wspomagają i ci wcześniej doświadczeni wprowadzają nowicjuszy. A jak ktoś mimo to nie przejdzie procedury, to znaczy, że jest z nim na tyle źle, że wizyta u lekarza niewiele mu pomoże. W każdym razie interfejsu urządzenia nie warto zmieniać, bo czymś trzeba ludzi na wstępie zająć, gdyż lekarz ma tylko dwie ręce i może tyle, ile może.

Gdyby nie ludzie, często byłby kłopot z dogadaniem się z automatem. Jednak ciągle są zbyt zawodne. A to biletomat na dworcu zepsuty, a to urządzenie nie chce wydać pokwitowania przy wjeździe na parking. Gdyby nie obsługa ludzka, która coś pomoże, sprawa byłaby beznadziejna.

Dlatego też z umiarkowanym zachwytem podchodzę do samosterujących aut. Już chociażby przykłady z aktywnym tempomatem pokazują, że nie zawsze technika jest lepsza od człowieka. Zapewne wymaga to dopracowania, ale na razie oka bym nie zmrużył, widząc przykłady niedoskonałości tych urządzeń. Chociaż dla mnie – mistrza w trasie po nieprzespanych nocach – byłoby to jakieś wyjście, bo przecież drobne zadrapania lakieru spowodowane niedoskonałością automatu są lepsze niż wjazd na przeciwny pas ruchu z powodu błędu kierowcy.

Wynika z tego, że automatyzacja jakoś tam przyjmuje się w społeczeństwie, jednak nie można do techniki podchodzić bezkrytycznie i lepiej mieć na nią baczenie.