Święci w ZUSie

Udało mi się! Udało się, choć już straciłem nadzieję, bo wiem jak działa biurokracja. Wolno i nieskutecznie. Tym razem jednak wynik mnie zadowala.

Udało mi się! Udało się, choć już straciłem nadzieję, bo wiem jak działa biurokracja. Wolno i nieskutecznie. Tym razem jednak wynik mnie zadowala.

Po ponad roku międlenia kompletu moich papierów z różnych miejsc pracy, ZUS raczył naliczyć kapitał początkowy, który kiedyś być może będzie podstawą do ustalenia wysokości mej emerytury. Zupełnie nie rozumiem całej procedury naliczania. Wydawało mi się, że ZUS powinien był mieć moją teczkę osobistą oraz konto komputerowe, a naliczenie powinno było odbyć się automatycznie za przyciśnięciem klawisza, ale widać trzeba było raz jeszcze udowodnić, żem nie wielbłąd.

Cały proces jest oczywiście nakierowany na odrzucenie jak największej liczby roszczeń i trudno się temu dziwić, bo jak dobrze wiadomo ZUS jest od dawna bankrutem. Oczywiście formalnie nie jest, bo za nim stoi rząd, który zawsze może podnieść podatki oraz składki na świadczenia socjalne. Specjalnie nie liczę na otrzymanie czegokolwiek od ZUS, ale dla porządku postanowiłem przetestować system.

Trwało to długo, choć jestem pedantem i miałem komplet świadectw pracy z wysokością zarobków, a nawet indeks, który poświadczał lata studiów. Widać jednak moje papiery nie były wystarczająco dobre, bo skoro prostą sumę (z czynnikiem korygującym na zmiany średniej pensji w PRL oraz RP) naliczano kilkanaście miesięcy, to mogę sobie wyobrazić ile trwa podobna operacja w przypadku obecnych emerytów (jak rozlicza się komputerowo wielokrotne wymiany pieniędzy?).

Kiedy przejdę wreszcie na dobrze zasłużoną emeryturę, to będę miał czas zająć się uporządkowaniem historii mego życia nie tylko pod kątem kiedy, gdzie oraz ile zarabiałem. Pierwszy przedsmak takiego szukania śladów przeszłości miałem w czasie minionych wakacji, gdy odwiedziłem największą bibliotekę genealogiczną świata, prowadzoną przez mormonów w Salt Lake City. Okazało się, że bez specjalnego przeszkolenia w genealogii byłem w stanie odnaleźć wielu moich przodków aż do XVIII wieku. Wszystko oczywiście skomputeryzowane i w tej chwili dostępne także online. Jeśli ktoś ma ochotę, może spróbować poszukać swoich antenatów, wystarczy zajrzeć na stronę Biblioteki Historii Rodziny (http://www.familysearch.org ) - uwaga, to wciąga!

Jest zastanawiające, dlaczego prowincjonalny kościół amerykański o niezbyt dużej liczbie członków (11 milionów na całym świecie, tylko 14% z nich mieszka w Utah) może utrzymywać gigantyczną bazę danych włącznie z archiwum mikrofilmów, na których sfotografowano akty stanu cywilnego obywateli wielu krajów, także już nieistniejących, zaś rządowa i państwowa firma, jaką jest ZUS, nie jest w stanie zapewnić porządku w dokumentacji życia zawodowego obywateli Polski?!

Kościołowi Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (tak brzmi formalna nazwa kościoła mormońskiego, przy czym owi "święci" nie są bynajmniej osobami wyniesionymi na ołtarze, tylko współczesnymi wyznawcami, którzy uwierzyli w posłanie) jakoś udaje się nie tylko porządnie prowadzić archiwum, ale nawet rozszerzać je na coraz to nowe kraje świata.

A może zamiast tracić kolejne miliardy na komputeryzację ZUS, przy okazji nabijając kabzę nierzetelnym dostawcom sprzętu oraz oprogramowania, należałoby przekazać prowadzenie polskiej dokumentacji emerytalnej kościelnym specjalistom? Zaoszczędzilibyśmy nie tylko pieniędzy i czasu, ale przede wszystkim mielibyśmy system, który działa. Podejrzewam, że nawet ufni mormoni nie daliby sobie rady z naszą polską, przaśną biurokracją. Skoro jednak potrafili wydrukować broszurki informacyjne w języku polskim (z ogonkami), to może poradziliby sobie i z polskim systemem emerytalnym? Gorzej niż jest obecnie zdaje się już być nie może. O ile kiedyś w przyszłości w ogóle będą jakieś emerytury.