Sprzedać przyjaciela

Pierwszego Macintosha kupiłem w roku 1985 (patrz felieton nr 133). Nie myślałem wtedy, że kiedyś będę chciał lub musiał go sprzedać. Niewielu posiadaczy komputerów zastanawia się już w momencie kupna, jaki będzie dalszy los tej skrzynki. A warto, bo jest to duża inwestycja, prawie na miarę samochodu, na pewno zaś większa niż zakup telewizora.

Pierwszego Macintosha kupiłem w roku 1985 (patrz felieton nr 133). Nie myślałem wtedy, że kiedyś będę chciał lub musiał go sprzedać. Niewielu posiadaczy komputerów zastanawia się już w momencie kupna, jaki będzie dalszy los tej skrzynki. A warto, bo jest to duża inwestycja, prawie na miarę samochodu, na pewno zaś większa niż zakup telewizora.

Podobnie jak automobiliści, komputerowcy mają zasadniczo dwie możliwości: kupuje się nówkę albo sprzęt używany. W tym drugim przypadku, ze względu na szaleńczy postęp technologii, należy liczyć się ze smutnym faktem, że w przyszłości przyjdzie nam wyrzucić moralnie zużyte urządzenie. Prawdopodobnie jeśli zakup jest przeznaczony pod konkretne zastosowanie (jak np. komputerowe przyjmowanie faksów), to taki weteran może zupełnie dobrze funkcjonować przez wiele lat. Nie należy jednak łudzić się, że gdy wreszcie "padnie", to go wyrzucimy. Stare komputery na ogół nigdy się nie psują, są one tylko coraz bardziej zakurzone.

Sytuacja jest bardziej skomplikowana, gdy kupujemy nowy komputer. Przede wszystkim wielu klientom zdarza się od razu wybór przestarzałego modelu. Mnie też to dotknęło przy pierwszym Maku. Zamówiłem za małą pamięć, która wtedy była wlutowana na płycie głównej. Nieopatrznie dałem się namówić na wymianę płyty, co kosztowało połowę ceny nowszego modelu. To była pierwsza, jakże bolesna lekcja: nie warto inwestować w starocie.

Gdy w roku 1988 znalazłem się w Niemczech na stypendium naukowym, postanowiłem sprzedać ogorzałego weterana jak najszybciej. Najpierw wstawiłem go do komisu komputerowego, gdzie stał w kącie przez dwa miesiące. Potem podjąłem radykalną decyzję. Nabyłem kilka lokalnych czasopism komputerowych, sporządziłem listę cen podobnych używanych modeli, odjąłem 25% i sam dałem ogłoszenie.

Po dwu tygodniach miałem tylko jedno zgłoszenie. Na szczęście, zainteresowany inżynier mieszkał kilkadziesiąt kilometrów ode mnie, gdy więc zgodził się przyjechać i zobaczyć moje cudo, wiedziałem już, że mam szansę. Napiąłem całą (mierną raczej) znajomość języka niemieckiego i wykonałem demonstrację wszystkich legalnie posiadanych programów, drukarki i skanera. Trwało to ponad dwie godziny, ale gdy wreszcie dobiliśmy targu i wypiliśmy sznapsa pod ten szczęśliwy dzień, to cały byłem spocony i zmęczony niczym drwal. Nie jest łatwe życie sprzedawcy (używanych) komputerów.

Sprzedałem przyjaciela i poczułem się jak Judasz. Przez dobre pół roku, mając w pamięci katusze moralne, które przeżyłem, w ogóle nie chciałem myśleć o kupieniu nowego komputera. Ba, posunąłem się tak daleko, że namówiłem własne dziecię do kupienia PC za jego kieszonkowe. Razem z odwiedzającym mnie kolegą rżnęliśmy w Tetrisa dniami i nocami. W ten sposób zapomniałem o strasznym przeżyciu i jak prawdziwy nałogowiec zamówiłem następnego Macintosha.

A potem poszedłem w ciąg: sprzedawałem posiadane komputery, gdy tylko pojawiały się nowsze modele. Nawet nie bardzo potrafię się doliczyć, ile razy zdarzyła mi się taka operacja. Ale wiem, że tego pierwszego Macintosha będę zawsze pamiętał. A także dwa dni - gdy go rozpakowywałem po raz pierwszy i kiedy pomagałem zanieść go do samochodu obcego człowieka. Pozostało mi po nim tylko kilka archaicznych dyskietek 400 KB i jedno, jedyne wspólne zdjęcie. To był przyjaciel..