Spokojnie, to nie piekarnia

Tragedią naszych czasów jest to, że ludzie najbardziej ograniczeni czują się najbardziej pewni siebie. Stwierdził to sir Bertrand Russell, matematyk i filozof, laureat pokojowej nagrody Nobla (1950). Gdy dziś czyta się niektóre wypowiedzi 'pecetologów', przypomina się ta opinia.

Tragedią naszych czasów jest to, że ludzie najbardziej ograniczeni czują się najbardziej pewni siebie. Stwierdził to sir Bertrand Russell, matematyk i filozof, laureat pokojowej nagrody Nobla (1950). Gdy dziś czyta się niektóre wypowiedzi 'pecetologów', przypomina się ta opinia.

Ludzie nie mający najmniejszego rozeznania o informatyce głoszą swoje zdanie na temat zagrożeń, jakie niesie rok 2000. Redakcje udostępniają swoje łamy wszystkim chętnym. Dominują głosy dyletantów uspokajających użytkowników. Mało, owi znawcy "demaskują nieczystą grę" producentów sprzętu i oprogramowania oraz "histeryczne", a zarazem "niekompetentne" reakcje informatyków.

W zasadzie nie ma się co dziwić. My zawsze wiemy lepiej, mamy dużo czasu i niestraszne są nam terminy. Nawet mówi się, że terminy ustala się po to, by później je zmieniać. Tu jednak naprawdę nie ma żartów. Nie ma centrów kompetencyjnych, a uczelnie i ośrodki badawcze borykające się z coraz większymi problemami nie są w stanie przejąć ich roli. Państwo próbuje tworzyć to, czego nie mamy, i łatać to, czego nijak nie daje się wykorzystać. Nie potrafi przejąć roli koordynatora koniecznych działań, jak się to dzieje w krajach zachodnich.

Rząd właśnie podjął działania zastępcze, powołując Radę ds. Informatyki. Po zdymisjonowaniu wiceministra-przewodniczącego, rady praktycznie nie ma. Ludzie uczeni w zarządzaniu dobrze zresztą wiedzą, że rady, komitety czy komisje powołuje się po to, by problem rozwodnić i mieć go z głowy. Pilnie potrzeba nam zespołu roboczego (a nie doradczego), który określi cele i strategię oraz pilnie rozpocznie prace nad koordynacją działań uświadamiających, edukacyjnych, szkoleniowych, określi niezbędne zasoby, a następnie alokuje je. Już teraz taki zespół powinien wskazać rządowi potrzeby finansowe. Jeśli nie uczyni się tego już (czyli w ostatnim momencie), w przyszłorocznym budżecie nie będzie środków na podjęcie (w ostatnim momencie) koniecznych działań doraźnych. A są to kwoty niebagatelne. Gartner Group szacuje koszty zapobiegania skutkom niesprawności oprogramowania na kwotę ponad pół biliona (500 mld) USD. Nasz udział w tych potrzebach jest niewielki, ale nie można oczekiwać, że obejdzie się bez wydatków.

Z nielicznymi wyjątkami nasz kraj wciąż jeszcze raczkuje w wykorzystaniu techniki informacyjnej. Można więc sądzić, że skala problemów będzie mniejsza. Użytkowników niezaawansowanych w wykorzystaniu techniki informacyjnej czekają "drobne" katastrofy. Spowodują poważne zakłócenia w funkcjonowaniu organizacji, a nawet konieczność zawieszenia eksploatacji. Użytkownicy bardziej zaawansowani nie mogą nawet myśleć o zaniechaniu wykorzystania oprogramowania wspomagającego. Dla nich zakłócenia mogą okazać się prawdziwą katastrofą. Poniosą straty nie do powetowania, np. stracą klientów, nie przygotują sprawozdań finansowych lub wyślą błędne do urzędu skarbowego. Użytkownicy o najwyższym poziomie kompetencji przygotowują się od dłuższego czasu bez rozgłosu. Zażądali tego od nich kontrahenci zagraniczni. Firmy będące własnością korporacji zachodnich od miesięcy przygotowują się zgodnie z planami centrali.

Nie słuchajmy elektronika, który napisał wiele programów i jest pewien, że będą świetnie działały po roku 2000. Pewnie nie zawierają żadnej innej daty, jak data zapisana w komentarzu. Nie słuchajmy polonusa z Chicago, twierdzącego, że tam już wszystko zrobiono. I nie wierzmy ogłoszeniom w rodzaju: "Dysponujemy zintegrowanym systemem kompleksowo zabezpieczającym wszelkie oprogramowanie przed katastrofą roku 2000". Cudu nie będzie.