Spokojna pewność siebie

Zauważyłem, że w ciągu ostatnich dwóch lat wśród moich znajomych znacznie zmniejszyła się różnorodność motywacji do pracy. Dawniej, gdy spotykaliśmy się, każdy miał masę rzeczy do powiedzenia o tym, czym się zajmuje, o co mu chodzi, co z tego wyniknie, dlaczego wybiera to zajęcie, a nie inne, jakie znaczenie ma to, nad czym pracuje, czy interesuje się tym rodzina, czy szef go rozumie.

Zauważyłem, że w ciągu ostatnich dwóch lat wśród moich znajomych znacznie zmniejszyła się różnorodność motywacji do pracy. Dawniej, gdy spotykaliśmy się, każdy miał masę rzeczy do powiedzenia o tym, czym się zajmuje, o co mu chodzi, co z tego wyniknie, dlaczego wybiera to zajęcie, a nie inne, jakie znaczenie ma to, nad czym pracuje, czy interesuje się tym rodzina, czy szef go rozumie.

Każdy miotał się między czasem sprzecznymi wyjaśnieniami swojej zawodowej aktywności. Gdzieś tam, między koniecznością a przyjemnością zarobienia pieniędzy, realizacją jakieś tam swojej ukochanej idei a zwyczajnym przyzwyczajeniem, znajdował sens pozostawania w tym, a nie innym miejscu pracy.

Teraz widzę, że bardzo się to zmienia. Następuje polaryzacja postaw. Wycięty został cały środek, złożony z zamętu wartości, niepewności wyborów, sprzecznych pragnień, zagubionych wątków. W zasadzie obserwuję jedynie dwie wyraziste motywacje do pracy. Jedna polega na tym, by udowodnić sobie, że jestem wiele wart, że jestem kimś. Druga polega na tym, aby udowodnić całemu światu, że jestem wielki, wspaniały, zdolny i zwycięski. Słucham wywodów mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych osób i przekonuję się, że coraz powszechniej budujemy swoje zawodowe dobre samopoczucie na przezwyciężaniu prawdziwych i urojonych kompleksów, a nie na wykorzystywaniu prawdziwych i potwierdzonych, wręcz niepodważalnych atutów.

W większości z nas rozgościło się jakieś podłe podejrzenie, że jesteśmy niedoskonali, ułomni, że inni są lepsi, że za naszą niedoskonałość zostaniemy zaraz ukarani, że pewnie już wszyscy się domyślają, czego nie umiemy, co jest naszą słabością. I zaczynamy udowadniać sobie lub całemu światu - w zależności od tego, na czym nam bardziej zależy - że z nami jest wszystko w najlepszym porządku, że ciągle jesteśmy na topie i tak zostanie na wieki wieków. Paradoks tej sytuacji polega na tym, że proces udowadniania swojej wartości niszczy nasze rzeczywiste zalety, umiejętności, walory. Budujemy siebie obok siebie. Niejeden z nas siada w swoim eleganckim gabinecie, dłonie wychylające się z rękawów garniturów modnej marki opiera na klawiaturze najszybszego notebooka i nadziwić się nie może, że on i ten chłopiec, który dwadzieścia lat temu najlepiej na podwórku rzucał finką, to ta sama osoba. Tak daleko zaszedł - ten garnitur, ten komputer i masa innych gadżetów to widoczne znaki kariery i powodzenia. Tylko gdzie podziała się ta spokojna pewność siebie, która kiedyś sprawiała, że finka trafiała tam, gdzie chciał?

Myślę, że daliśmy się niebezpiecznie zwariować. Za dużo czasu poświęcamy rozmyślaniom nad tym, jak wypadamy na tle innych ludzi, a konkretnie innych pracowników albo konkurentów w biznesie czy innej aktywności. Za mało natomiast zajmuje nas przedmiot naszej pracy. Coraz częściej nie buduje nas ani pasja, ani pazerność, ani idea, ani zamiłowania, ani lenistwo czy wygoda. Motywuje nas strach przed tym, jak wypadniemy w oczach reszty świata. Albo w lustrze.


TOP 200