Ślepi i głusi

Napisałem był swego czasu felieton o tym, że IT to teraz już bardziej UI, http://www.computerworld.pl/artykuly/artykul.asp?id=51214 i dostało mi się od Czytelników za... lanie wody. A wszystko zdaje się dlatego, że użyłem w tekście porównania informatyków do wodociągowców i kanalarzy. Urażonych przepraszam, ale podejrzewam, że bardziej obrażeni powinni być hydraulicy. Ostatecznie bez komputerów żyć można, ale bez dostaw wody, a szczególnie bez usuwania fekaliów, nowoczesne życie zamienia się w koszmar. Każdy, komu zatkała się ubikacja, wie jaki straszny! Jeśli zaś chodzi o określenie "lanie wody", to muszę przyznać, iż rzeczywiście pisze mi się lekko, co nie oznacza, że nie skracam, często drastycznie, wielu felietonów.

Napisałem był swego czasu felieton o tym, że IT to teraz już bardziej UI,http://www.computerworld.pl/artykuly/artykul.asp?id=51214 i dostało mi się od Czytelników za... lanie wody. A wszystko zdaje się dlatego, że użyłem w tekście porównania informatyków do wodociągowców i kanalarzy. Urażonych przepraszam, ale podejrzewam, że bardziej obrażeni powinni być hydraulicy. Ostatecznie bez komputerów żyć można, ale bez dostaw wody, a szczególnie bez usuwania fekaliów, nowoczesne życie zamienia się w koszmar. Każdy, komu zatkała się ubikacja, wie jaki straszny! Jeśli zaś chodzi o określenie "lanie wody", to muszę przyznać, iż rzeczywiście pisze mi się lekko, co nie oznacza, że nie skracam, często drastycznie, wielu felietonów.

Zamiast dyskutować lanie wody przeze mnie, dobrze byłoby jednak zająć się faktami. Otóż na zakurzonych ekranach monitorów, tak samo jak na ścianach pałacu Baltazara, jakaś niewidzialna ręka coś pisze. Tym razem jednak nie "mene tekel ufarsin" (ostatnie słowo Daniel odczytał jako Peres=Persowiehttp://www.biblegateway.com/passage/?book_id=34&chapter=5&version=12 - tekst jest wieloznaczny, pisząc po aramejsku nie używano samogłosek), czyli jak tradycyjnie tłumaczy się to u nas "policzono, zważono, rozproszono", choć niewiele cytatów z Biblii pasowałoby tak dobrze do branży informatycznej. Ja widzę tam przyziemne słowo "usługi". Rozumiem, że pan Marcin Grzebski (jak wnioskuję z adresu pocztowego) nie zgadza się z moją diagnozą, choć sam pracuje w firmie Taxus SI, zajmującej się niczym innym jak usługami i to specjalistycznymi, czyli GIS-em dla leśnictwahttp://www.taxussi.com.pl

Jeśli mogę jeszcze raz użyć płynnego porównania, jest to czysta woda na mój młyn. Przecież o to mi chodziło w poprzednim felietonie: nie ma już potrzeby powoływania działów IT w większości firm, bo obsługa zarówno komputerów, czyli żelastwa, jak i oprogramowania, czyli duszy firmy, będzie coraz częściej oddawana w obce ręce. Personel, który tego nie rozumie, jest skazany na zwolnienie. Zresztą mam dla Państwa taką propozycję-test. Proszę zapytać swoich kolegów z pracy, po co oni tam są. Dotyczy to zresztą większości personelu. Szumne "misje firmowe", często wywieszane zaraz koło recepcji w postaci kilku punktów ociekających banałami, nikomu nie pozwalają się ze sobą identyfikować. Jak powiedział kiedyś cytowany tu już znajomy z działu personalnego, jeszcze nie zdarzyło mu się w czasie rozmowy kwalifikacyjnej, aby ktoś oświadczył, że chce pracować, bo musi zapłacić czynsz oraz kupić jedzenie.

A jednak to te przyziemne potrzeby determinują nasze zachowanie. Dobrze, jeśli kierownictwo zdaje sobie z tego sprawę. Albowiem praca w usługach wymaga myślenia o innych, nie tylko o sobie. Nie bez powodu w czasach PRL-u usługi tak kulały. Doktryna, że ważna jest produkcja, czyli właśnie technologia, szczególnie przemysłu ciężkiego, przesłoniła decydentom proste przesłanie, wynikające ze zmian społecznych. Dziś większość ludzi pracuje w usługach, już nie tylko w USA, ale także w Polsce, a niedługo zapewne nawet w Chinach. Żadne zawracanie kijem Wisły (woda) nic tu nie pomoże. Na początku rewolucji przemysłowej tkacze niszczyli krosna automatyczne i wiemy czym się to skończyło.

Dobrze jest czytać Biblię, choć w katolickiej Polsce niewiele osób regularnie to robi. Starożytni świetnie rozumieli naturę człowieka. Liczne przypowieści do dziś pasują niczym ulał (znowu woda!), szczególnie moja ulubiona o Sodomie i Gomorzehttp://online.biblia.pl/rozdzial.php?id=19 . Otóż jako dziecko szybko odkryłem, co to była sodomia, ale nigdzie jakoś nie mogłem znaleźć definicji gomorii. Myślę, że byłoby to dobre określenie na stan, w jakim znajduje się informatyka na początku dwudziestego pierwszego wieku: pogarda dla klientów, którzy napędzają rozwój naszej branży. Mam nadzieję, że nie będę Lotem i to z wielu powodów.


TOP 200