Skazani za sukces

Obecny rząd przyjął na swe konto sukces zbudowania 100 km autostrady na odcinku Konin - Łódź. Wystarczyła zmiana władzy i oto w zawrotnym tempie powstają drogi. Jeśli tak dobrze idzie, to za rok będziemy już tylko wybierać i przebierać w trasach szybkiego ruchu.

Obecny rząd przyjął na swe konto sukces zbudowania 100 km autostrady na odcinku Konin - Łódź. Wystarczyła zmiana władzy i oto w zawrotnym tempie powstają drogi. Jeśli tak dobrze idzie, to za rok będziemy już tylko wybierać i przebierać w trasach szybkiego ruchu.

Rząd wziął na siebie dużą odpowiedzialność, uznając za autostradę drogę bez należytej infrastruktury. Zresztą nie jedyna to taka sprawa, bo niedawno, w tym samym klimacie, pisałem o autostradzie A4 ("Popisowa idea" - CW 40/2005). Pisałem wówczas także, a może przede wszystkim, o Stowarzyszeniu Firm Autostrady Nowych Technologii, co odniosło zamierzony skutek, gdyż raz dwa zniknęła z sieci zapomniana strona tego nieaktualnego od dawna stowarzyszenia. Jednak od kontekstu autostradowego trudno nam się opędzić, bo idea przepoczwarza się, kiełkując świeżymi hasłami. Teraz dla odmiany ogłoszono, że wchodzimy do nowej ery autostradowej. Taki "New Age" po polsku. Obecny rząd uznał się za ojca sukcesu, podczas gdy wszyscy wiedzą, że ojców jest wielu. Jesteśmy nimi także i my - obywatele płacący podatki. Nieładnie przypisywać sobie na wyłączność cudze osiągnięcia. To niezbyt honorowe. Niemniej specjalistów od spijania śmietanki nie brakuje na tym świecie i tym chętniej sięgają po owoce cudzego trudu, im mniej ich to kosztowało. Nie należy też mniemać, że cecha ta jest wyłącznie domeną polityków.

Byłem kiedyś świadkiem, jak w pewnym oddziale firmy zespół programistów wykonał nowy moduł oprogramowania, którym centrala wręcz się zachwycała. Menedżer oddziału zbierał laury za to przedsięwzięcie, obwieszczając bez skrupułów, że "zrobiliśmy", mimo że jego udział w zadaniu był zgoła symboliczny. Rola jego sprowadzała się raczej do przeszkadzania i spowalniania pracy programistów, bowiem on nie wiedział co i jak, podczas gdy wykonawcy znali wszystkie niezbędne założenia. Co więcej, od samego początku był nastawiony negatywnie do projektu, odsuwał w czasie jego realizację i dopiero zmuszony przez centralę nieuchronnym terminem wdrożenia, był łaskaw przewidzieć środki na uruchomienie zadania. Myślicie Państwo, że po odniesionym sukcesie zespół wykonawczy, który wypruwał sobie żyły, aby nadążyć z lekceważonym uprzednio zadaniem, otrzymał jakąkolwiek pochwałę lub podziękowania? Nic z tych rzeczy. Menedżer chodził ze skrzywioną miną i marudził programistom, że co prawda ten projekt wykonali, czym centrala była wniebowzięta, ale nie zrobili w tym czasie czego innego. Niech zatem z jego strony na nic więcej, oprócz cięgów, nie liczą. Pomyślałbym, że to problem incydentalny, z którym akurat mnie przyszło zetknąć się osobiście. Okazuje się jednak, że zjawisko zatacza szersze kręgi. Jakby na zamówienie natrafiłem w sieci na wypowiedzi pracowników oceniających pewną bardzo znaną polską firmę informatyczną. Jeden z głosów brzmiał tak: w razie sukcesu pojawia się "znikąd" powód do skarcenia w celu zbalansowania nazbyt dobrego wizerunku danej osoby.

Można by powiedzieć, że w obliczu takiego traktowania nie opłaca się dobrze pracować, aby nie przysparzać zaszczytów przełożonym. Przede wszystkim jednak należy pamiętać, że pracujemy głównie dla siebie i co nas nie zabije, to wzmocni. Mam też nadzieję, że ciągle jeszcze sporo jest menedżerów, którzy są porządnymi ludźmi. Niestety, trudno oszacować to kryterium przy wyborze pracy.


TOP 200