Sikanie na deskę, czyli SDK

Każdy, kto nawet tylko czasami bywa w tak zwanym wielkim świecie, zapewne zauważył, że w publicznie dostępnych toaletach można znaleźć zasikane deski, rozrzucony papier toaletowy i muszle zatkane dziwnymi rzeczami, wrzuconymi do nich przez samych klientów.

Każdy, kto nawet tylko czasami bywa w tak zwanym wielkim świecie, zapewne zauważył, że w publicznie dostępnych toaletach można znaleźć zasikane deski, rozrzucony papier toaletowy i muszle zatkane dziwnymi rzeczami, wrzuconymi do nich przez samych klientów.

Nie myślę bynajmniej o publicznych toaletach na dworcach kolejowych, ulicach albo na lotniskach, tylko o przybytkach w firmach, lobby hotelowych oraz w ekskluzywnych sklepach. Odwiedzająca je publiczność to nie żadni bezdomni menele, kibole po trzech piwach lub chamstwo z wiochy, gdzie zresztą potrzeby naturalne załatwia się w krzakach, nie zostawiając zbyt wiele śladów. Są to elity, których nikt nie posądzałby o takie zachowania. Ba, odwiedzając domowe przybytki tych samych ludzi nigdy nie zastaniemy w nich wyżej wymienionych objawów braku kultury. Zresztą, drodzy Czytelnicy, zastanówcie się, ile razy napaskudziliście u siebie w domu, a ile razy w miejscach publicznych?!

Powyższe zachowania, nazywane Syndromem Deski Klozetowej (SDK, nie mylić z innym SDK, ang. Software Development Kit), są powszechne nie tylko w toaletach, ale także w internecie, czyli miejscu najbardziej publicznym. Gdy zajrzymy na dowolne forum, to bez żadnego kłopotu znajdziemy tam wpisy, które swoim obrzydlistwem znacznie przewyższają widok usmarowanej deski. Odpowiednikiem papieru, porozrzucanego na podłodze toalety, jest spamowanie list dyskusyjnych w celu reklamowania jakiegoś bzdeta. Natomiast zatkana toaleta to nic innego tylko internet przymulony ściąganiem kolejnego pirata. Nawet język owych wpisów pochodzi jakby wprost z rynsztoka, czyli z dawnej kanalizacji. Zachowania SDK docierają także do szanowanych autorów. Nie wytykając palcem, na łamach CW w jednym z felietonów pojawiło się całkiem niedawno słowo "szczanie", z wpisaniem którego miałem przed chwilą bardzo poważny problem, bo mi w żaden sposób nie chciało przejść przez klawiaturę. No, ale skoro inni mogą, to dlaczego ja nie mam prawa polać na deskę?! Ktoś i tak to wytrze...

Cała istota SDK zasadza się z jednej strony na anonimowości zachowań ludzi w toalecie, wychodząc z której możemy głośno ubolewać nad chamstwem innych, gdy to my sami tam napaskudziliśmy. Z drugiej strony, w naturze ludzkiej jest widać coś takiego, co pozwala przekraczać granice dobrego zachowania się, gdy sami na tym nie ucierpimy. Szanse, że będziemy musieli ponownie usiąść na osobiście zasikanej desce są minimalne, bo lepsze toalety są regularnie sprzątane. Szansa, że ktoś dowali nam słowami podobnymi do wulgaryzmów użytych w naszym własnym wpisie, jest znikoma. Zresztą jeśli jesteśmy autorami blogu, to możemy moderować, czyli sprzątać świństwa podrzucane nam przez publikę. Zupełnie jak w domowej łazience, którą po dużym przyjęciu trzeba starannie posprzątać, bo zwykle jest, nie wiadomo przez kogo, ubrudzona.

Papierowe nakładki na deski, które znajdują się w większości przyzwoitych toalet, są równie bezskuteczne jak filtry przeciwko spamowi oraz reklamom. Cienki papier bibułkowy szybko przesiąka na wylot, zupełnie nie chroniąc nas przed bakteriami. Współczucie, które okazujemy ludziom dotkniętym obawą przed zarazkami (najbardziej znanym przykładem takiej paranoi był Howard Hughes), jest w gruncie rzeczy litowaniem się nad sobą samymi. Bo to nikt inny, tylko my sami wszędzie paskudzimy. Także w internecie. Otwieranie drzwi papierowymi ręcznikami, gdy boimy się dotknąć brudnej klamki, jest podobne do czytania cudzych komentarzy, ale tylko po nagłówkach. Widać tam nasze lustrzane odbicie. Zupełnie jak w toalecie.

Komputerowy słownik, którym sprawdzałem powyższy tekst felietonu, nie zawiera słów "zasikane" oraz "szczanie"...


TOP 200